Update 2: wiecie już jak się nam październik zakończył. Wyniki wyborów dobre (no, mnie się podobają), obrona odfajkowana, a ja wcale tego nie pamiętam. Na domiar wszystkiego organizm zupełnie stracił odporność, jestem chora, siedzę po północy w skarpetkach w żyrafy i piszę ten tekst, bo myli się mi noc z dniem. Ryszard i tutaj był trochę obecny, swoją futrzastością wypełniał kawałek naszego życia. Mam nadzieję, że wiecie i rozumiecie.
Żałoba to proces, który towarzyszy radzeniu sobie ze stratą, inaczej ze zmianą w czymś, co uważaliśmy za stały element naszego życia. Czyli może dotyczyć nie tylko śmierci kogoś dla nas ważnego, ale także zerwania z kimś, utraty pracy albo sprawności fizycznej. Jest to proces naturalny i konieczny, towarzyszy powolnemu przeorganizowaniu i nauce nowego funkcjonowania w codzienności. Kulturowo przyjmuje się różne okresy przeznaczone w danej społeczności na przeżywanie zmiany. Ze swojego życia przypominam sobie cykle od kilku miesięcy do dwóch lat, gdy bardzo intensywnie przeżywałam utratę. Za kilka dni minie pierwszy rok od śmierci babci Mani - żałoba po niej trwała krótko, m.in. dlatego, że niektóre jej elementy odczuwałam jeszcze przed śmiercią babci. Rozstania zapowiedziane wcale nie są łatwiejsze.
Żałoba może być depresjopodobna, ale powinno się w tym czasie unikać diagnozowania w kierunku depresji. Cały proces kończy się wówczas, gdy staje się opowieścią, którą możemy przekazywać innym bez ponownego przeżywania traumy. Dlatego tak bardzo ważne jest otwarte opowiadanie o stracie (co może się wydawać niektórym postronnym męczące, szczególnie jeśli mają zwyczaj uciekać od własnych negatywnych emocji i sami coś w sobie duszą). Mamy listopad, więc temat jest nawet adekwatny. Jeśli Was to interesuje, więcej o żałobie w linku-wywiadzie z Anną Hebenstreit-Maruszewską.
















