W czasie tygodnia Noblowskiego byłam w Polsce, zajęta swoimi sprawami, nie odnotowywałam laureatów. Po czasie, uśmiechnęła mnie Pokojowa Nagroda Nobla dla Marii Coriny Machado, polityczki z dręczonej populizmem Wenezueli. Przez tygodnie czytałam o nadziejach/oczekiwaniach Pomarańczowego i nie uznawałam ich za realne, ale to co mi się zdaje, nie musi być tym, co jest, tym bardziej więc nieobecność prezydenta USA na liście najnowszych Noblistów mnie ucieszyła. Szczególną uwagę zwróciłam jednak na literaturę: László Krasznahorkai. Czy ktoś z wpadających tu komentatorów zna, i czy to jest dobre?
Typy Noblowskie bywają cenne. Dwa lata temu pisałam, że nie znam Fossego. Aktualnie, jestem nim oczarowana, czytam wszystko, co mogę dostać tego autora, po polsku i angielsku.
Obranie kierunku na Norwegię spowodowało, że przez przypadek odkryłam dla siebie rówieśniczkę Jona, Vigdis Hjorth. Polecam, dla mnie bomba. Odrywając się od Skandynawii i Nobli, czytam wszystko Masłowskiej, lubię Tokarczuk, choć ostatnio daję pierwszeństwo Joannie Bator. W czasie urlopu w Polsce wyszłam z Empiku z "Mykwą" Zyty Rudzkiej, znam tylko jej "Ten się śmieje, kto ma zęby", ale jakoś czuję, że to może być kolejna autorka-pewniak, do której będę wracała. Z klimatów irlandzkich, absolutną petardą są dla mnie zbiory opowiadań Claire Keegan. W lżejszych klimatach, czekam na najnowszą Szymiczkową. Kobiety górą (wiem, oczywiście, że Szymiczkowa to tak naprawdę Dehnel z Tarczyńskim :)).

