Prostaczków, Adso, nie stać na wybranie sobie własnej herezji, przyłączają się do tego, który głosi kazania w ich stronach, który przechodzi akurat przez ich wieś lub przez plac w ich mieście.
Oraz stary (rok 2025) wpis Joyce Carol Oates na Twitterze o/do Musku/a:
So curious that such a wealthy man never posts anything that indicates that he enjoys or is even aware of what virtually everyone appreciates – scenes from nature, pet dog or cat, praise for a movie, music, a book (but doubt that he reads); pride in a friend’s or relative’s accomplishment; condolences for someone who has died; pleasure in sports, acclaim for a favorite team; references to history. In fact he seems totally uneducated, uncultured. The poorest persons on Twitter may have access to more beauty & meaning in life than the ‘most wealthy person in the world.’
Tymczasem w Polsce pojawiły się fragmenty książki-wywiadu z Batyrem, obecnym prezydentem, w której pan Nawrocki popłynął (nie po raz pierwszy, ale badanie granic wyczucia absurdu u prostaczków to praca bez końca) w temacie rzekomej próby otrucia podczas kampanii prezydenckiej. Dziwne. Chyba nikomu wówczas nie zależało na wezwaniu pogotowia i wszczęciu dochodzenia, ale wyznawcy nie zadają pytań. Bojaźń i drżenie, pomódlmy się.
Idealnie wstrzelili się politycy Konfy w niskie poczucie wartości i zawiść obywatela ze swoją krytyką projektu ustawy o dopłatach do składek emerytalnych dla artystów. Można popcorn zajadać przez cały tydzień. Ale co ja tam będę ... pracowałam, nie miałam czasu zamieszać nikomu kijkiem w herbacie. Zerknęłam za to, jak się mają sprawy kultury w Irlandii. W tym roku mamy coś, co można przetłumaczyć na nasze jako Program gwarantowanego dochodu podstawowego dla artystów, który został zaplanowany z budżetu państwa do roku 2029. Wg programu profesjonalni artyści mogą otrzymywać przez trzy następne lata stałe wsparcie finansowe w wysokości €325 tygodniowo. Oczywiście jest to obwarowane różnymi zastrzeżeniami, np. program jest dostępny dla 2 tys. osób (skala irlandzka, wiadomo, tu jest mniej obywateli), czyli sama aplikacja nie wystarczy, nie można też być członkiem Aosdána otrzymującym świadczenie Cnuas (mowa tu o elitarnej grupie artystów wybitnych, Aosdána może mieć tylko 250 członków), ani studentem (ci mają pewnie wsparcie z innych programów). Oczywiście, z tego dodatkowego dochodu artyści muszą się rozliczyć z państwem (czyli zapłacić podatek).
Cele programu / "a bo dlaczego" (uwaga, cycat z internata):
The Artist
To incentivise the development and growth of professional creative practice through self-employment;
To counter the earnings instability and precarious nature of working in the arts, and the detrimental effect it has on artists’ mental health;
To foster artists’ agency and safeguard freedom of expression.
The Sector
To retain talent in the sector by reducing the need for artists to work outside of the arts for economic reasons;
To support and expand the sector thanks to spillover effects e.g. hiring of collaborators, expenditure on materials, emergence of new projects etc.
Society and the Public
To support social cohesion and societal wellbeing by creating more opportunities for citizens to engage in the arts, and to offer a larger selection of artworks and performances to enjoy;
To recognise the contribution of artists to a pluralistic society, and their contribution to the vibrancy of communities across the nation.
Czyli m.in. żeby zatrzymać talenta w sektorze i zapobiegać uciekaniu z zawodów artystycznych z powodów ekonomicznych, oraz aby naród mógł się endżojować dostępem do sztuk wszelakich. Piękne :)
I am your constant companion. I am your greatest helper or your heaviest burden. I will push you onward or drag you down to failure. I am completely at your command. Half the things you do, you might as well turn over to me, and I will do them quickly and correctly.
I am easily managed – you must merely be firm with me. Show me exactly how you want something done, and after a few lessons I will do it automatically.
I am the servant of all great people, and, alas, of all failures as well. Those who are great, I have made great. Those who are failures, I have made failures.
I am not a machine, though I work with all the precision of one. I work by rule of thumb, but the rules you give me. You may run me for profit or run me for ruin — it makes no difference to me.
Take me, train me, be firm with me, and I will place the world at your feet. Be easy with me, and I will destroy you.
Who am I?
Adolph von Menzel, "Atelierwand", 1872, (niemiecki realizm)
Temat uzależnień jest dla mnie interesujący z jednego powodu: ponieważ uzależnienie będąc zjawiskiem tak destrukcyjnym, bazuje na mechanizmie prostym jak konstrukcja cepa: na nawyku. W zasadzie zawsze, gdy rozmawiamy sobie o tym z moim mężem, ja ze swoich powodów, on ze swoich, rozdrażnieni są tym ciągle ci sami ludzie. Co przypomina mi powiedzonko, nie wiem z której uczelni: jeśli będziesz wyrzucać przez okno skórki od banana, codziennie będą wywijać na nich orły ci sami ludzie ...
Nie jest ważne jak siebie opiszemy na profilu bloggera, jesteśmy w gruncie rzeczy tym, co w kółko robimy, a nie tym, czym myślimy, że jesteśmy (czy ja sobie przypadkiem nie przeczę?). Prowadzi mnie to do konstatacji, że trzeba uważać z zastyganiem w jednej roli, bo czy nie jest tak, że powstańcy dają się infekować brutalnością zaborców, nauczyciele prześmiergają ignorancją swoich uczniów, a pracownicy fabryki opon, jeśli nie dość są ostrożni w wybieraniu swojego pozapracowniczego stylu życia, finalnie robią się tak ekscytujący jak ich półzautomatyzowane stanowisko przy taśmie? Odnoszę też wrażenie, że świat matek kurczy się i infantylizuje podczas opieki nad dziećmi, choć może to być też moim zupełnie prywatnym uprzedzeniem.
Jeśli dobrze rozumiem, Kant uważał nawyk za zagrożenie, bo postępowanie moralne musi być według niego oparte na decyzji świadomej, a nie na automatyzmie takim samym jak bezmyślne wzuwanie kapci, czy mycie zębów. Bywam z Kantem na bakier. Chyba jest mi bliższa koncepcja Deweya, gdzie praktykowanie refleksji samo w sobie może stać się nawykiem, czymś pożytecznym, prowadzącym do lepszych wyborów.
O histerii na temat edukacji zdrowotnej w polskiej szkole rozpętanej przez Episkopat czytałam, a jakże. O aferze z okazji pierwszego września w Starachowicach, również (jakoś ten temat ze mną współgra, przecież w Polsce organizowałam te nieciekawe kretynizmy pt. apel szkolny). A Batyr Tadeusz z wizytą w Watykanie? Również wiem. No smutno trochę, nic nie poradzimy. Jeśli chodzi o szkołę, mam tu na miejscu własną wersję. Prezydenta też mamy, takiego trochę hobbita, ale kształtu się nie wybiera (za to bycie złodziejem czy kłamcą i owszem, panie Batyr). Ponieważ zajęta jestem niebywale takimi trywializmami jak praca, w skrócie jeno napomknę, co mnie ostatnio fascynuje. A fascynuje mnie np. cykl Milankovica i jego wpływ na zmiany klimatu. TUTAJ, po angielsku, rozmowa Neila deGrasse'a Tysona z kolegami o nauce naukowej, bez bajek.
Brodzę przez biografię Herberta, która przynajmniej do strony siedemsetnej składa się z rozmazanych, chaotycznie wypisanych niewydarzeń, synchronicznie czytając antologię jego tomików poezji. Ze "Smugi światła" ten wiersz jest najlepszy:
Stołek
W końcu nie można ukryć tej miłości
mały czworonóg na dębowych nogach o skórze szorstkiej i chłodnej nad podziw przedmiot codzienny bez oczu lecz z twarzą na której zmarszczki słojów sąd dojrzały znaczą szary osiołek najcierpliwszy z osłów sierść mu wypadła od zbyt długich postów i tylko kępkę szczeciny drewnianej czuję pod ręką gdy go gładzę rano
— wiesz mój kochany byli szarlatani którzy mówili: kłamie ręka kłamie oko kiedy dotyka kształtów co są pustką -
to byli ludzie źli zawistni rzeczom świat chcieli złowić na wędkę zaprzeczeń
jak ci wyrazić moją wdzięczność podziw przychodzisz zawsze na wołanie oczu nieruchomością wielką tłumacząc na migi biednemu rozumowi: jesteśmy prawdziwi — na koniec wierność rzeczy otwiera nam oczy
— Zbigniew Herbert, 1956.
Od razu przywiódł mi na myśl inny wiersz, kogoś innego, niby o czymś innym. Ale jednak ...
Wild Geese
You do not have to be good. You do not have to walk on your knees for a hundred miles through the desert repenting.
You only have to let the soft animal of your body
love what it loves. Tell me about despair, yours, and I will tell you mine. Meanwhile the world goes on. Meanwhile the sun and the clear pebbles of the rain are moving across the landscapes, over the prairies and the deep trees, the mountains and the rivers. Meanwhile the wild geese, high in the clean blue air, are heading home again.
Whoever you are, no matter how lonely, the world offers itself to your imagination, calls to you like the wild geese, harsh and exciting— over and over announcing your place
Miałam wspomnieć o irlandzkim referendum konstytucyjnym, więc wspominam dość rozwlekle. Miś ze mną.
Referendum odbyło się wczoraj, nie brałam w nim udziału, znam jednak osoby, które już przed pracą odwiedziły punkt wyborczy, poza tym dostaliśmy ulotkę informującą nas o tym, jakie zmiany artykułu irlandzkiej konstytucji z roku 1937 będą głosowane. Referendum obejmowało fragment artykułu 41 dotyczącego rodziny (kolorem zaznaczyłam proponowaną poprawkę 39, polegającą na dodaniu lub wykreśleniu zdania):
41.1.1° The State recognises the Family, whether founded on marriage or on other durable reltionships, as the natural primary and fundamental unit group of Society, and as a moral institution possessing inalienable and imprescriptible rights, antecedent and superior to all positive law.
41.3.1° The State pledges itself to guard with special care the institution of Marriage, on which the Family is founded, and to protect it against attack.
Osobna poprawka (nr 40) w tym samym artykule dotyczyła opieki. Poprawka zakładała wyrzucenie następujących punktów:
41.2.1° In particular, the State recognises that by her life within the home, woman gives to the State a support without which the common good cannot be achieved.
41.2.2° The State shall, therefore, endeavour to ensure that mothers shall not be obliged by economic necessity to engage in labour to the neglect of their duties in the home.
i zastąpienie ich tekstem o brzmieniu:
The State recognises that the provision of care by members of a family to one another by reason of the bonds that exist among them, gives to Society a support without which the common good cannot be achieved, and shall strive to support such provision.
Liczenie głosów nadal trwa, wydaje się jednak, że odrzucenie proponowanych poprawek jest całkiem możliwe. Poprawce 39 zarzucano, że rozmywanie definicji rodziny (w oryginale jest ona oparta na instytucji małżeństwa, w poprawce na "other durable relationships", co wprowadza sporą dowolność pojęcia) może być podstawą do nadużyć prawnych na polu np. dziedziczenia. W kwestii poprawki 40, argumenty przeciw były jeszcze ciekawsze. Jej twórcy twierdzili, że wycięcie wątku o centralnej funkcji pomocowej kobiet/matek w rodzinie ma usunąć z ustawy zasadniczej język będący podstawą do dyskryminacji ze względu na płeć (i taka dyskryminacja na rynku pracy rzeczywiście miała miejsce w Irlandii do lat 70-tych, a nawet później). Tymczasem argumentacja przeciwników poprawki 40 nie szła w kierunku ustalania pozycji kobiety, ale koncentrowała się na tym, jak brzmi tekst poprawiony. Pojawiły się głosy, że poprawka 40 może mieć negatywne konsekwencje dla osób starszych i niepełnosprawnych, nowy tekst sugeruje bowiem obowiązek wzajemnej opieki nad członkami rodziny. Cóż w tym złego? Polska głowa mogłaby tego nie wymyślić. Otóż, taki zapis mógłby otwierać państwu furtkę do zrzucenie niektórych form pomocy osobom niepełnosprawnym na barki najbliższych. Jest to ciekawy wątek, pokazuje bowiem, że Irlandczycy, choć nadal jeszcze żyjący w bardzo rozgałęzionych rodzinach, w sytuacji kryzysu oczekują przede wszystkim wsparcia od państwa, takiego wsparcia, które pozwoli im zachować względną niezależność.
Nadal lubię ten miesiąc, chociaż zaczynam go z bólem pleców, który pojawia się, znika i znowu jest. Za chwilę tydzień noblowski, będę nasłuchiwała wiadomości na temat Nobla z literatury (6 października) w nadziei, że tym razem nazwisko cośkolwiek mi się o uszy obiło (zeszłoroczny laureat, Abdulrazak Gurnah, pozostaje do nadrobienia kiedyś tam, gdy mój rozwój literacki nadąży za współczesnym światem).
Z ciekawych rzeczy, które ostatnio wyczytałam, mogę Wam zapodać informację z dalekiej przeszłości o tym, ile wzrostu miał Władysław I Łokietek. 152-155 cm, tak podpowiadają endoskopowe badania królewskiego grobu. Zadeptywacze historii, jak ci nieszczęśni kamieniarze przekuwający twarz Łokietka na jego nagrobku, nadal bardzo mnie złoszczą i to się raczej nie zmieni.
Uważam, że media zbyt dużo czasu poświęcają Fiutinowi. Wprawdzie nie wychwalają go już pod niebiosa jako wybitnego stratega, natomiast zainteresowanie dla małpy biegającej z granatem nadal pompuje w nią znaczenie, którego owa małpa nie posiada. Oczywiście, że Fiutin może zniszczyć świat, należałoby w tej sytuacji rozglądać się, czy w jego otoczeniu jest ktoś z kaftanem, zamiast analizować czy małpie lepiej czy gorzej (też odnosicie wrażenie, że eksperci od mowy ciała to plaga sezonu?). Może przetrwamy październik.
Ponieważ ostatnio dzięki komentatorowi odżył lipcowy temat religijno-obyczajowy, niżej satyryczne ujęcie moralności, bycia dobrym lub złym członkiem społeczeństwa, czyli teoria wózkowa opowiedziana ze szkockim akcentem:
Uczuć religijnych nie ma, ktoś ich strasznie oszukał, taka moja pierwsza myśl.
Jak zapewne słyszeliście, partia Berii zbiera podpisy pod obywatelskim projektem zwiększającym kary za obrazę uczuć religijnych. W prasie "zainteresowanej" jest to przedstawiane jako inicjatywa chroniąca KrK Jędraszewskich, strasznie podobno ostatnio cierpiący z powodu prześladowań. Pracowałam w Polsce ponad 5 lat temu, można by więc powiedzieć w innej epoce, stąd możliwe, że obraz KrK, który wtrąca się do laickiej szkoły i wyciąga swoje macki po najmłodszych może być obrazem zdezaktualizowanym (jak coś wiecie, powiedzcie). Jeśli zapytacie, jak to jest z obrazą w Irlandii, odpowiem, że w porządku, ludzie starają się być dla siebie mili. Do niedawna przepis dotyczący obrazy uczuć religijnych był zapisany w Konstytucji, np. gdy w 2016 roku Stephen Fry udzielił tego wywiadu w RTÉ:
(odpowiadał w nim na pytanie, co by powiedział bogu po śmierci, gdyby sie okazało, że on jednak istnieje). Wówczas irlandzka policja po dłuższym dochodzeniu oświadczyła, że nie znaleziono wystarczającej liczby osób, które poczuły się obrażone. W 2019 roku zapis o blasfemii po referendum został usunięty z irlandzkiej Konstytucji.
Jak już napisałam, w prasie inicjatywa partii Berii jest przedstawiana jako celująca w ochronę KrK, i tak oczywiście jest, bo inne wyznania nikogo (w sensie ani partii obecnie rządzącej, ani Breżniewa, ani hardcorowych wyznawców KrK) w najmniejszym stopniu nie obchodzą. Warto więc zaznaczyć, że proponowane zmiany wcale nie wzbudziły ekstazy u Ordo Szuris, choć niby powinny. A dlaczego?, pyta Krystyna z Barbarą. A dlatego, że (choć to może się wydawać niektórym zaskakujące i kuriozalne) w prawdziwym życiu inne religie naprawdę istnieją. Dziwne, c'nie? Ordo Szuris vel Prawnicy Talibanu chwalą oczywiście kierunek, ale przestrzegają przed konsekwencjami nieostrożnie sformułowanych paragrafów. Bo co się stanie, jeśli proponowane prawo, w prasie nie tylko katolickiej przedstawiane jako ochrona "prześladowanego" KrK, faktycznie obejmie również inne religie, "które po spełnieniu warunków formalnych musiały zostać wpisane do rejestru Kościołów i innych związków wyznaniowych poprzez decyzję administracyjną, a powaga ich dogmatów, obrzędów i funkcjonowania może budzić uzasadnione wątpliwości w opinii społecznej"? Ach, jo, powiedział Krecik.
Nie przepadam za inbami, szczególnie jak rozkręca je pewna pani od wskazywania kto jest terfem, ale dobra, pójdę tym tropem, bo to jest ciekawe zagadnienie. Cytat z Tokarczuk z Festiwalu Góry Literatury:
Nigdy nie oczekiwałam, że wszyscy mają czytać i że moje książki mają iść pod strzechy. Wcale nie chcę, żeby szły pod strzechy. Literatura nie jest dla idiotów. Żeby czytać książki trzeba mieć jakąś kompetencję, trzeba jakby mieć wrażliwość pewną, pewne rozeznanie w kulturze. Te książki, które piszemy, tak jak mówiłam, one są gdzieś zawieszone, zawsze się z czymś wiążą (...). Nie wierzę, że przyjdzie taki czytelnik, który kompletnie nic nie wie i nagle się zatopi w jakąś literaturę i przeżyje tam katharsis.
Fatalnie to brzmi, język mało inkluzywny jak na aktualne trendy w popkulturze. A jednak, ja też nie wierzę, choć jednocześnie nie zgadzam się, że nie ma literatury dla idiotów. Można oczywiście niektóre słowo pisane nazywać nie-literaturą, tylko po co. Skoro jest muzyka przeznaczona dla różnego poziomu percepcji, to jest i literatura adekwatna do poziomu odbiorcy. Można argumentować, że nie ma idiotów. I tutaj od razu zaoponuję, bo idioci są, wiem, bo niektórzy ogłaszają się idiotami na blogach i szeroko się na ten temat rozpisują, dopóty ktoś, zgodnie z ich samoopisem nie nazwie ich po imieniu. Wtedy śmiertlenie się obrażają i cokolwiek smutnieją. Ale to w zasadzie off topic 😉. Zastanawiam się, jak fakt istnienia literatury, która wymaga czytelnika wyrobionego, można opisać w taki sposób, żeby osoby z zawodu obrażone w zastępstwie nie poczuły się obrażone w zastępstwie. Odbieram to jako temat tabu.
"Literatura nie jest dla idiotów" brzmi dla mnie źle głównie dlatego, że przypomina hasło pewnej sieci supermarketów. Różnica w intencjach jest taka, że właściciele superketów chcieli zachęcić do kupowania, a tymczasem wierzę Tokarczuk, że ona nie chce, aby każdy ją czytał. Jeśli kiedykolwiek poszliście do kina, żeby z przyjemnością obejrzeć film, a na widowni pojawili się tego dnia "wszyscy", to pewnie też wierzycie. Zdarza mi się podejmować próby rozmowy na jakiś temat i gdy widzę, że moje intencje nie wypalają, to zwyczajnie nie ma sprawy. Nie ma sprawy. Ja w zasadzie nawet nie uważam Tokarczuk za najwybitniejszego polskiego pisarza, ale czyta mi się ją dobrze. Jak się komuś czyta źle, to co mam zrobić? No nic, kończymy rozmowę na ten temat, jeśli to jest problem, zaczynamy o czymś innym. Od czasu do czasu w różnych miejscach jest przywoływane to nieszczęsne "de gustibus ...", z którym się nie zgadzam, bo ja mogę godzinami dyskutować na temat tego, co mi się podoba i nie podoba. Ale ludzie są różni, łapanki nie będzię. Wśród moich dobrych znajomych są osoby, które lubią rozmawiać też o twórczości (a nie tylko zwyczajnie, o innych ludziach w czasie ich nieobecności), reszta wcześniej czy później wypada. No to jak z tymi idiotami i literaturą?
***
To jeszcze filmik, luźno w temacie. "Marie Curie Answers The Web's Most Searched Questions And Gets Utterly Disappointed" by Karolina Żebrowska:
Location: friend's apartament in Carlingford, Co. Louth.
Time: Saturday evening.
My collection of mugs with ungulates on them is growing. We were discussing panic attacks and other dysfunctions, the past, dieting, house plants, importance of regular health check-ups and such.
*** Nie zdążyłam się wgłębić w tę sprawę a już się "wyjaśniła". Faszysta został szefem wrocławskiej delegatury IPN i nawet był coś o tym, że oni tam mają w tym IPN-ie pluralizm i to dlatego, ale w końcu ktoś się podrapał po głowie i oprócz łupieżu wydrapał, że Greniuch już szefem nie jest, w każdym razie nie tam (nie oszukujmy się, kumple mu zajęcie znajdą, jak to w PRL-u). Brunatna ropa się kamufluje, jestem zmęczona pisaniem o tych wszystkich durniach, wolę rozmawiać z kotem o jedzeniu, pogodzie i wysokości trawnika.
Having said that, lockdown w Irlandii jest przedłużony przynajmniej do początku kwietnia. Coś tam się rusza w kwestii mojego zatrudnienia, więc myśli skupiam łatwo na tym, a nie innych tematach, które chętnie pchają się w pole uwagi, żeby mnie zdołować. Pomimo lockdownu od poniedziałku rząd stopniowo otwiera szkoły. Przez cały ten czas nadal możemy przemieszczać się bez sensu tylko w promieniu 5 km i musimy nosić maseczki w sklepach i urzędach. Nieporywające, ale zapisuję dla potomności. Jestem już tym zmęczona, niech praca mnie uratuje. Rano dowiedziałam się, że w Stanach osoby 60+ dostają tzw. government cheese, ser rządowy, raz na miesiąc blok o wadze 32 uncji, złożony ze zmielonych serów różnego typu i ulepszaczy, żeby obywatel był duży i silny. Taka ciekawostka. My tu sera w Irlandii nie dostajemy, cheddar w Tesco trza se kupić samemu.
Inny temat poranny, to wypowiedź Terlikowskiego. Nie chcę z tego robić osobnego posta, ale napiszę, że chyba szatan go opętał, bo kolejny już raz się z nim zgadzam (z Terlikowskim znaczy). Oczywiście nie w sprawie aborcji, ale gdy piszę, że się z kimś zgadzam, to mam na myśli konkretny temat, nie znam przecież głębi człowieka. Chodzi o sprawę molestowań dokonywanych przez hierarchów kościelnych i myśl, że tak jak w alkoholizmie, sięgnięcie dna Kościołowi pomoże, bo jego działania w chwili obecnej to deliryczne mechanizmy obronne. Polecam tekst Terlikowskiego na Wyborczej (gdy klikasz na link w tle chór śpiewa "czarna mewa goni białą mewę" i "szatan szatan") "Wszyscy wiedzieli o Dymerze. Osoba walcząca o jego ukaranie przyszła do arcybiskupa. Usłyszała: won". Pisze się teraz o tym, co od pokoleń szeptano po kątach. R z e c z y bowiem są stare jak świat, a newspaper to złożenie news i paper, świeży wynalazek.
Ostatnio powróciłam do angielskojęzycznej blogosfery (ot i wyjaśnia się zmiana nicka na taki, który nie ma polskich znaków). Nadrabiam różne kulturowe cuda o których istnieniu nie miałam pojęcia, dopóki nie zaczęłam czytać bloga gospodyni domowej z Oklahomy. Głowę zajmują mi takie nazwy jak Mothman, Minnie Pearl, midori sour, sheet cake, pumpkin patch, hominy, Bobbsey Twins, i sposoby wypowiadania słowa "albeit". Człowiek myśli, że zna języki, potem czyta, zastanawia się 10 minut, co znaczy "walla", serfuje w poszukiwaniu wyjaśnienia i kraśnieje z dumy znajdując. W internecie, powiadam Wam, jest wszystko.
W zeszłym roku tak byłam podekscytowana zaległym Noblem dla Tokarczuk za rok 2018, że nie odnotowałam wygranej na rok 2019, (kontrowerysjnego podobno) Petera Handkego. Nadrabiam za to wczorajszego Nobla dla Louise Glück. Łatwe to i niełatwe.
*** The great thing is not having a mind. Feelings: oh, I have those; they govern me. I have a lord in heaven called the sun, and open for him, showing him the fire of my own heart, fire like his presence. What could such glory be if not a heart? Oh my brothers and sisters, were you like me once, long ago, before you were human? Did you permit yourselves to open once, who would never open again? Because in truth I am speaking now the way you do. I speak because I am shattered.
Twinings cherry & cinnamon. Location: the Fair Head cliffs, Co. Antrim, Northern Ireland.
Time: Saturday afternoon on a trail.
Ponownie poniedziałek, ponownie tworzyć się będzie tekst o sobocie, powoli, bo trudno się przebić przez bogactwo zdjęć. Stoimy na słonecznym klifie w Północnej, w tle Kraciasty, a za nim widok na wyspę Rathlin.
***
Moje zarzuty do interfejsu nie są z rodzaju "chcę żeby nic się nie zmieniało", raczej z poczucia, że prace odbywają się bez pomyślunku. Przez tydzień-dwa dobrze, bardzo intuicyjnie, wklejało mi się i formatowało zdjęcia na blogu, ale po tygodniu sposób zmieniono jeszcze raz, z intuicyjnego na bardziej fiu bździu. Muszę i umiem to kompensować użyciem htmla, ale nie chce mi się odkrywać intencji programisty z początkiem każdego tygodnia. Mam wiersz na tę okazję, na wiele różnych okazji. Wczoraj wyrecytowała nam go Alice, nauczycielka jogi yin podczas nidry (tak, Świechna zaczęła chodzić na jogę, robi to w niedzielna południa — w tle tej wiadomości zespół Kury śpiewa piosenkę "Szatan, szatan"), gdy zakutana w kocyk się relaksowałam po rozciąganiu. Autorką "She let go" jest Safire Rose, kobieta od coachingu, uzdrawiania i takich tam, którą pewnie wcale nie tak nazwano po urodzeniu. Tekst wydaje mi się cheesy, ale (czasem) dobrze brzmi wypowiedziany na głos.
She let go. She let go. Without a thought or a word, she let go. She let go of the fear. She let go of the judgments. She let go of the confluence of opinions swarming around her head. She let go of the committee of indecision within her. She let go of all the ‘right’ reasons. Wholly and completely, without hesitation or worry, she just let go. She didn’t ask anyone for advice. She didn’t read a book on how to let go. She didn’t search the scriptures. She just let go. She let go of all of the memories that held her back. She let go of all of the anxiety that kept her from moving forward. She let go of the planning and all of the calculations about how to do it just right. She didn’t promise to let go. She didn’t journal about it. She didn’t write the projected date in her Day-Timer. She made no public announcement and put no ad in the paper. She didn’t check the weather report or read her daily horoscope. She just let go. She didn’t analyze whether she should let go. She didn’t call her friends to discuss the matter. She didn’t do a five-step Spiritual Mind Treatment. She didn’t call the prayer line. She didn’t utter one word. She just let go. No one was around when it happened. There was no applause or congratulations. No one thanked her or praised her. No one noticed a thing. Like a leaf falling from a tree, she just let go. There was no effort. There was no struggle. It wasn’t good and it wasn’t bad. It was what it was, and it is just that. In the space of letting go, she let it all be. A small smile came over her face. A light breeze blew through her. And the sun and the moon shone forevermore…
flat white.
Location: lawn in front of Oldbridge House, Battle of the Boyne site, Co. Meath.
Time: yesterday after 4 pm.
It was a bit windy, but a lovely day. We were hanging out in the park, when I got a message that Lala, one of The Girls, my dad's dogs, had just died. A couple of days ago she experienced something that looked like a stroke, but her death was still quite unexpected, a harsh blow to my parents who love all of their animals.
***
Celebrujemy bank holiday. Z rana dostaliśmy życzenia od moich rodziców i babci (Dzień Dziecka przecie). Podziwiamy Elę II na kucu o imieniu Balmoral Fern (królowa skończyła niedawno 94 lata). Z innej beczki, jako ciekawostkę polecam wywiad z Moniką Zuber, pastorką z Ełku, "Żeńska forma słowa ksiądz, to księżniczka. Można się tak do mnie zwracać".
Im mniej mam do roboty, tym bardziej jestem zajęta, nie mogę się przecież spóźnić na własny spacer.
Miłego tygodnia 😊
Mogę omijać temat, ale temat nie ominie mnie. Wczoraj ogłoszono kolejne ograniczenia dla biznesu i poruszania się. Na irlandzkie wysepki mogą wjeżdżać tylko ich rezydenci, jest też zakaz wędrowania więcej niż 2 km od domu, ma to zniechęcić mieszkańców Dublina i Cork, gdzie jest najwięcej zachorowań, do rozwłóczenia wirusa po prowincji. Produkuje się żywność (mieszkamy na wsi i mój nos wie, że trwa nawożenie pól), wolną rękę mają więc farmerzy. Spacery w miejscach odosobnionych i korzystanie z terenów zielonych jest ściśle określonie, ale dozwolone dla podtrzymania zdrowia psychicznego (świadomość wagi zdrowia psychicznego jest tu, moim zdaniem, wyższa niż w Polsce). Ogłoszono nawet rządową poradę dla właścicieli psów i kotów (już wiem, że muszę myć ręce przed pogłaskaniem i po pogłakaniu Rysia ... chodzi też o to, żeby nie zarazić kota). Szpitale i więzienia zamykają swoje podwoje dla odwiedzających. To nie znaczy, że do Wielkanocy wirus magicznie zniknie, chodzi o odciążenie szpitali w okresie, który przewiduje się jako najcięższy. Tak to się ogłasza w Irlandii. TU i TU. Ten pan gadający, to Varadkar, premier z liberalno-konserwatywnej partii Fine Gael.
green tea.
Location: Milano, Unit F24, Swords Pavilions Shopping Centre, Malahide Rd, Swords, Co. Dublin.
Time: yesterday, after 3 p.m.
... when, very hungry after Kraciasty's CT scan, we were looking for something splendid to eat.
flat white.
Location: Costa Coffee at the same Swords Pavillions, Co. Dublin.
... a coffee that followed the fantastic pizza served upstairs.
***
green tea.
Location: Stockwell Artisan Foods, No 1 Stockwell Street, Drogheda, Co. Louth.
Time: today, after 3 p.m.
Somehow ... a tough day, Kraciasty was trying to cheer me up with hugs, kisses and the messy table in the last picture. It was very difficult for me to concentrate and focus on the things I supposed to do. Travel insurance is finally bought, that's my only achievement for today ... now, bored and sleepy, I have to finish packing up my suitcase ... tomorrow ... tomorrow I'll be in a better shape, I promise myself.
st. John's wort herbal tea😺
Location: friends' house in Dundalk, Co. Louth.
Time: yesterday evening ...
Then we watched Woody Allen's "You Will Meet a Tall Dark Stranger". A pretty good and splendidly cast film. After the screening we rushed home to check how's our Richard doing alone. We found him in the same state we'd left him, a sleepy kitty in the bedroom.
***
Irytuje mnie onet żerujący na tragedii w Australii. Zdjęcia z grilla chcą się wcisnąć wszędzie ... "Takiej tragedii jeszcze nie widziałeś!" "najnowsze zdjęcia!" "apokaliptyczne obrazy!" "to straszne, musisz to zobaczyć!". Wszystko to pomiędzy bogaczami wygłaszającymi pseudomądrości z okazji rozdania Złotych Globów, analizami sukcesu gościa, który skacze na dwóch deskach i relacji z pogrzebu jednego brodatego idioty nad którym płacze drugi brodaty idiota. Media nie znają miary.
americano.
Location: Cafe Lemonade, Matthews Lane South, Drogheda Beside Tesco Extra just off Donore Road,
Drogheda, Co. Louth
Time: yesterday ...
It was somewhere in the middle of, let's say, xmas shopping, when I started to feel dizzy. It's interesting to see how many bloggers are tired, lonely and overpowered by their own idea of Xmas. How they tend to recollect the "perfect" holidays time of their childhood that, in some cases, was never really there.