Prawie nie odczułam zmiany czasu na zimowy, nie tylko w niedzielę spałam dłużej, ale jeszcze, gdyby nie zegarki, które trzeba przestawić ręcznie, jedynym elementem wzbudzającym moją czujność byłyby zapewne wcześniejsze wschody słońca. Zaczęłam się zastanawiać na ile rzekome męki psychiczne związane ze zmianą czasu na zimowy są faktem medialnym, a na ile zjawiskiem istniejącym niezależnie od tego, co wypada poruszyć w small talku (to duży temat u mnie ostatnio: co jest rzeczywistością, a co tylko opowieścią o rzeczywistości). Poza tym przypomniałam sobie o temacie pokrewnym: badaniach amerykańskiego historyka, A. Rogera Ekircha, z których wynika, że w średniowieczu ludzie spali na raty — szli spać wcześnie, po czym budzili się w środku nocy, coś tam robili, następnie udawali się na "drugi" sen. Jakiś czas temu tę powszechnie przytaczaną teorię poddał krytyce brytyjski psychiatra, Niall Boyce. Sugerował on, że poza zauważalną selektywnością, niektóre przykłady Ekircha mogą być po prostu nadinterpretacjami sytuacji opisanych w czasach przedindustrialnych. Jego analiza jest ciekawa. Czy były dwa sny, czy ich nie było, od zawsze przeżywałam takie noce, gdy budzenie się po kilku godzinach, czas względnej przytomności umysłu i ponowny sen, odbierałam jako zjawisko naturalne i pokrzepiające. Najtrudniejszy jest dla mnie sztywny grafik, przymus wstawania o określonej godzinie, który nawet w sytuacji, gdy jestem dobrze wyspana, odbieram bez entuzjazmu.
O badaniach Ekircha tutaj pisze Zaria Gorvett.
Artykuł Nialla Boyce'a, "Have we lost sleep? A reconsideration of segmented sleep in early modern England", 2023, doi: 10.1017/mdh.2023.14