Brytyjska rodzina królewska to zjawisko kulturowe, im bardziej pozbawione realnej władzy nad krajem, tym bardziej zwarte jako Firma, broniące swoich granic. Ze względów zawodowych znam ich dawniejszą historię, ze względów osobniczych zatrzymałam się w śledzeniu ich losów gdzieś w latach 90-tych (starsi ludzie tak mają😉). Dla uproszczenia mogę od razu napisać, że za Dianą nigdy nie przepadałam, co nie znaczy, że jestem zagorzała stronniczką Charlesa (prawdę powiedziawszy bardziej mnie interesują jego akwarele, poza tym kibicowałam Camilli także z przekory); lubię ładne wnętrza i nie miałabym nic przeciwko mieszkaniu w pałacu, ale na bogów, nie tak, jak to robią Windsorowie! Pewnie słyszeliście o nowym dokumencie Netflixa, "Harry & Meghan". Dzięki wizycie u przyjaciół obejrzeliśmy wspólnie pierwszy odcinek tego dzieła i kontynuować chyba nie zamierzamy. Dopiero teraz przyjrzałam się Meghan lepiej i stwierdziłam, że nic mnie w niej nie zachwyca, Kraciasty kręcił się i nudził, a po seansie rozmowa na temat zjawiska brytyjskiej monarchii strasznie go podminowała (jak chcecie poczytać opinię Wolandową, pełną gorszących zwrotów i sarkazmu, klikajcie TUTAJ). Ja z kolei na innym blogu wdawszy się w dyskusję z moim ulubionym @Darkiem napisałam komentarz taki:
z całą pewnością za ucieczką z cyrku ze strony rodziny następuje seria szantaży, w tym ekonomiczny, jak w każdej rodzinie patologicznej. W takiej sytuacji każdemu poradziłabym to samo: odbiec na bezpieczną odległość i dopiero wtedy przypuścić atak (jeśli w ogóle). Najprościej jest się w takiej sytuacji usamodzielnić, tyle, że członkom rodziny królewskiej utrudnia się to od najmłodszych lat. Ich wykształcenia są albo żadne, albo iluzoryczne (np. pchanie mężczyzn do wojska na stałe łączy człowieka z armią, w której William, gdyby kiedykolwiek przyszło mu do głowy zwiać, i tak nie mógłby pracować). Obecna pozycja Harry'ego dokładnie odzwierciedla kim są członkowie rodziny królewskiej: nikim. Tracąc tytuł każdy z nich musiałby startować w pięciu się po szczeblach społecznych praktycznie od zera. To jak wyjście z zakonu po 25 latach. Więc jakoś nie jestem zdumiona, że Harry spienięża swoją historię. Nie dziwi mnie też, że William zapewne ma focha. Ci, którzy wychodzą obnażają płytkość tych, którzy zostają.
Stylistycznie bym poprawiła, ale niech będzie, wypowiedź nadal dobrze wyraża moją opinię. Po namyśle: to "nikim" oznacza, że najłatwiej jest takim osobom wejść do szeroko pojętego przemysłu rozrywkowego, co H&M właśnie czynią. Oboje są przyzwyczajeni do pewnego poziomu życia i usiłują go utrzymać. Ani się temu nie dziwię, ani nie zawiszczę im dochodu. Sama nie wytrzymałabym napięcia, rozgrywania sytuacji rodzinnej tak długimi podaniami i zmasowanego hejtu w wykonaniu bezosobowych randomów. W tej historii interesuje mnie głównie zagadnienie wolności jako wartości osobistej i nie od parady przypomina mi się (w kontekście wyjścia z "zakonu") postać Obirka, który twierdził, że miał szczęście, bo jeszcze jako duchowny pracował też w świeckich uczelniach, więc się nie bał o swoją przyszłość. Czyli był wolny. Dlaczego obywatele brytyjscy (obywatele państwa demokratycznego / wolnościowego), krytykują Harry'ego za jego decyzję zrezygnowania z kariery w Firmie? Czy Ty Czytelniku powiedziałbyś o sobie, że wolność jest dla Ciebie ważna? Że wolność jest Twoim udziałem? Możesz tak wziąć i wyjść, czy raczej do tej pory byłeś tylko tym, który się złości, gdy inni wychodzą?
Jest też zupełnie poboczny efekt moich rozmyślań, zaskakujący, bo w oglądanym przeze mnie ochłapku serii nic o tym nie było. Postać księżnej Kate — przedstawia się ją w brytyjskich mediach jako wysportowaną, samodzielną, zwykłą dziewczynę, która znalazła swojego księcia (zabieg królewskich PR-owców łudząco podobny do tego, co robiono z Dianą Spencer). Wysportowana, czyli dobra, płodna klacz. Gdy zaczęłam się nad tym zastanawiać, zobaczyłam Kate nagle w innym świetle. Ona porzuciła swoje zainteresowania, czy ich po prostu nigdy nie miała? Trudno mi uwierzyć, że osoba, która pragnęła zrobić w swoim życiu coś fascynującego, naprawdę odnalazłaby się z taką łatwością w roli, która wymaga niewiele ponad szukanie do spółki z rodzinnym stylistą zupełnie nowej kreacji na każdy dzień. Kate stała się dla mnie nagle postacią z kartonu, nudną jak flaki z olejem i mocno niewiarygodną (cały czas pamiętam, że ja też jestem randomem, nie znam prawdy, a to jest tylko opinia). Może kiedyś obejrzę "Koronę", co mi nasuwa dodatkową myśl, jak dziwne jest zjawisko nagrywania filmów o żyjących postaciach. Serial to przedstawienie dla gawiedzi na którym gawiedź zaprzyjaźnia się z postaciami i potem żąda od nich, żeby fabuła podążała tak, jak to sobie random umyślił: a niech ten kocha tą, a niech tamta kocha tamtego, i zróbcie coś z czarnym charakterem, bo ja przyszłem z pracy i nie mam swojego życia.
Wolność ... bardzo mnie ten temat wkręcił. Próbuję sobie wyobrazić, co bym zrobiła będąc w następującej sytuacji: każdemu dziecku rodzice powtarzają, że może być tym kim chce, tymczasem moi mówią mi, że mogę być tym kim chcę, pod warunkiem, że będę wyłącznie księżniczką.