Przeglądając dzisiaj starego bloga,
prowadzonego w czasach, gdy jeszcze (choć trudno to sobie wyobrazić) Kraciasty nie siedział w szlafroku w naszej kuchni, a ja rano nie robiłam mu podwójnego espresso,
zdałam sobie sprawę, że wystarczyło kilka lat, aby
słowa lemingi i lemingarnia zostały wyparte przez termin lewactwo,
disco polo zdobyło status muzyki narodowej,
zaś temat, że ludzi nie należy dzielić oraz, że w związku z tym, kto chce zostać Polakiem to musi to i tamto, zyskał na znaczeniu i teraz jest już nie drugorzędnym argumentem, ale główną myślą goebbelsowskiej retoryki.
Potrafię pisać tak długie zdania, gdyż
Przed południem zadzwoniłam do babci,
tłumaczyłam jej, że Polski nie ma na zielonej liście i dlatego musi na nas jeszcze trochę poczekać,
a to czekanie może się wydłużyć jak kolejka do wyciągu na Kopę z której zdjęcia dane mi było zobaczyć. Tłum młodych ludzi nieprzestrzegających dystansu, ubranych jak na jarmark, albo dyskotekowe dansy, sapiących sobie w karki. Może to było kiedy indziej, gdzie indziej, po prostu w innym życiu. Nie wierzę. Jako nie-bardzo-zły nauczyciel nie chcę wierzyć, że można być aż tak głupim, na dodatek w moich górach (
pamiętaj, aby nie dzielić narodu, oni na pewno wszyscy stali w tej kolejce, bo mają reumatyzm i raka, podpowiada mi drżąco głos przygłupiego symetrysto-polikorektnesa). W każdym razie z powodu pandemii, której w Polsce nie ma, nie ma Polski na irlandzkiej zielonej liście. W związku z tym złocące się jesienią Góry Izerskie ze swoimi lasami oddalają się zamiast przybliżać. Bardzo jestem tym rozżalona i kibicuję firmom farmaceutycznym, aby zbiły miliony miliardów na szczepionce antykowidowej jak najszybciej, a najlepiej już.