"Tłuczenie garów słychać pewnie piętro niżej", Matylda machinalnie mieszała herbatę, chociaż od lat nie cukruje, i w głowie komentowała poczynania perorującej starszej siostry. Właśnie został wyczerpany temat smoleński, widać było, że Krysia wyciągając tarkę do jarzyn zbiera siły do następnej litanii. Nigdy nie jechała na pusto, znała swoje kobiece obowiązki.
— Władek przyjeżdża w sobotę z dziećmi, Agata będzie z tym swoim na świątecznym śniadaniu, Piotr dopiero w poniedziałek, na śmigus dyngus, pewnie wpadnie na kilka godzin, posiedzi, wiele nie powie. Tak sobie dzieci wychowaliśmy ... Czy oni nigdy nie mogą pojawić się zwyczajnie razem?
Matylda uznała, że to pytanie retoryczne. Krysia nie chciała wiedzieć, że jej dzieci ustalają między sobą grafik, kto spędza czas z rodzicami. "Nie chcesz wiedzieć, to nie wiesz, widocznie śmierć męża niewiele tu zmienia".
— Przecież byli razem na stypie — Matylda spróbowała zreasumować tematykę pokojowo — Poza tym wiesz, jak to jest, mają swoje życie, kariery.
— Kariery! Krystyna prychnęła prawie tak, jak gdy ostatnio wymawiała imię Grety Thunberg. Grecia! — Jaką karierę ma Michał w tej swojej Bretanii?! Przecież tu by mu było najlepiej.
Ostatnie zdanie weszło w płaczliwą tonację. Krysia często myślała o Michale, była przekonana, że właśnie on jest dowodem na potęgę działania modlitwy i świętych olei, którymi w tajemnicy polewała ściany jego mieszkania, gdy syn był chory i mogła myszkować w jego domu bez przeszkód.
— Michał akurat ma swoje powody, żeby mieszkać dalej — Matylda starała się, żeby jej głos nie zabrzmiał agresywnie.
— Jakie powody? Jakie?! My z ojcem zawsze robiliśmy wszystko, żeby wyszedł na ludzi — Tarta marchewka aż zapiszczała pod naporem Krystynowej ręki.
— No wiesz, papiery szpitalne, ubezpieczenie — ciągnęła Matylda w inną stronę, chociaż siostra dobrze pojęła aluzję. Przykra myśl była jednak nieporęczna, Krystyna natychmiast ją odrzuciła jako podszepty złego.
— A wiesz, że zabrali ze sobą dużo zdjęć z dzieciństwa? Z nami, z dziadkami — Zmiana tematu w takiej sytuacji przychodziła Krysi naturalnie jak oddychanie — Michał wypytywał o ojca, jego znajomych, zaprosili mnie do kawiarni. I na spacerze byliśmy. Na cmentarzu też ... — Krystynie oczy zaczęły wypełniać się łzami, zamilkła, ale nie przestała znęcać się nad marchewką, którą zaciskając usta w gniewnym grymasie tarła coraz zapalczywiej. Dobrze byłoby mieć przy sobie najstarszego syna. Codziennie mógłby ją podwozić na cmentarz, robiłaby mu obiady, nauczyła synową gotować. Z czasem zaczęliby z nią chodzić do kościoła. Modlitwy działały, powoli wszystko ułożyłoby się tak, jak należy, jest tego pewna, spokojnie mogłaby przekazać im schedę Janickich i zamknąć oczy. Jak to wszystko jest możliwe? Dzieci tak się rozeszły po świecie, że nawet mieszkając godzinę jazdy autobusem od rodzinnego gniazda, nigdy nie mogą zebrać się jak dawniej, gdy wszyscy byli tu tacy szczęśliwi. A byli?, wtrącił się znowu złośliwy głos.
Matylda milczała, dreszcz ją przeszył, w zasadzie nie wiadomo dlaczego, jakby skrobanie łyżeczki o szklankę dotknęło jej kręgosłupa. "A byli?". Tę myśl, jak wiele innych w tym domu, zostawiła dla siebie.