Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O .... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O .... Pokaż wszystkie posty

niedziela, marca 22, 2026

O sprzątaniu

A konkretnie o sprzątaniu przed śmiercią (albo w związku ze śmiercią). Pomyślałam sobie, że o tym napiszę, bo temat pociągnęła na innym moim blogu @Aśka i zatrzymałam się nad tym na chwilę. Poza tym niedawno umarła Margareta Magnusson, autorka książki o porządkowaniu swojego życia przed śmiercią. W związku z tym drugim, media przypomniały sobie o idei döstädning i odgrzewają kotleta. Najpierw, co odpowiedziałam @Aśce, wspomnę tutaj:

(...) w ogóle nie lubię idei "żeby innym nie robić kłopotu". Sama decyduję o tym, co mi sprawia kłopot :)

Rozumiem, że ktoś np. pali swoje listy, bo nie chce ludziom pokazywać, że był durny (choć jest to ocena subiektywna, ludziom nie podobają się w sobie najdziwniejsze, bo zupełnie normalne rzeczy), ale już palenia zdjęć po prostu nie pojmuję (nie po to je przecież robiono, idea fotografowania jest sprzeczna z ideą ciągłego sprzątania po przodkach). Jeśli chodzi o walające się fotki, listy itd. ... gdyby się nie walały, bo ktoś by je wrzucił do kubła na śmieci (zutylizował odpowiednio), nie byłoby Ci smutno, ale czy to znaczyłoby, że świat byłby od tego lepszy? No nie. Świat by Cię tylko sprawniej oszukiwał
[że dba o przodków, pamięć, że nie ma ludzi umierających samotnie]. Nie chcę odwracać oczu od realiów. Każde niepodpisane zdjęcie jest zagadką, przygodą, każda po(d)pisana książka również.

Uważam, że zarówno hoarding, jak i nadmierne sprzątanie, są formą zaburzenia kontroli. Występują często, bo znaleźć równowagę (złoty środek) to najtrudniejsza sprawa, ludzie mają jednak tendencję do wpadania w skrajności (na dodatek sprzątanie jest u kobiet nagradzane społecznie). Dobrze jest, gdy rzeczy pozostają, nawet jeśli to istnienie bez kontroli, rzucenie w świat - wbrew pozorom większość muzealnych artefaktów to przedmioty po zwykłych ludziach [a nie po ludziach sławnych; w ogóle czas mocno weryfikuje sławę, nie zawsze są sławni ci, którzy byli sławni w "swoich" czasach, albowiem nieśmiertelność is a bitch].

Taki wątek ciągnęłam. Wcześniej jeszcze twierdziłam, że wyrzucanie/niszczenie książek po zmarłych, ich listów, zapisków jest wg mnie jasnym sygnałem, że piśmienność to słabo przyjęta umiejętność, jest powierzchowna, pod spodem nadal płynie prąd umysłowości niepiśmiennej, dla której ludzie znikali w momencie, gdy nie widziało się ich twarzy przez jakiś czas. Tym się zresztą dla mnie różni pochodzenie szlacheckie od pochodzenia chłopskiego (jest to absolutnie zasadnicza różnica: podejście do pamięci o zmarłych): po jednej stronie zachowywanie świadectwa pisanego, trzymanie rekordów, duma z wad przodków, po drugiej natychmiastowe pozbywanie się artefaktów, sprzątanie, zmyślanie o przodkach pozytywnych historii, bo tylko dobry chłop ma wartość.

Krzywię się na niszczenie, ale jak najbardziej popieram przedśmiertne rozdawnictwo, nadanie rzeczom kierunku (tu się pewnie też ktoś nie zgodzi — potomkowie mają mocne przywiązanie do rzeczy, które zasadniczo jeszcze do nich nie należą, i uważają często, że rodzice nie mają prawa rozdawać, bo oni chcieliby dostać i zmarnować osobiście, własnymi rączkami). Rozumiem, że dla osób żegnających się z życiem, żegnanie się z przedmiotami może być terapeutyczne. Poza tym bez wyjątku zawsze warto wyprostować sytuacje prawne, ale to inna kategoria spuścizny. Nie popieram natomiast argumentacji Magnusson, że należy po sobie posprzątać, aby zaoszczędzić potomkom emocjonalnego cierpienia związanego ze sprzątaniem. Yyyyy, jest w tym założenie, że każdy kto przegląda rzeczy po bliskich zmarłych cierpi emocjonalnie. No nie. Relacje między ludźmi są różne, każdy umysł jest inny. Są ludzie, którzy cierpią emocjonalnie pod byle pretekstem, oraz osoby zrównoważone, którym działanie pomaga tę równowagę zachować ...

niedziela, marca 01, 2026

O snobizmie

Cytat znaleziony u Hebiusa:

Ludzie mają potrzebę wyrażania siebie, zaistnienia, bycia wyjątkowymi. Myślą sobie – nie potrafię grać na żadnym instrumencie, nie potrafię tańczyć, to może… pisanie! Pisać umiem, bo przecież w szkole się nauczyłem…
pochodzi z rozmowy Ewy Jankowskiej z Michałem Michalskim, dyrektor wydawnictwa ArtRage, opublikowanej w gazeta.pl. Taki tam kij w mrowisko. ArtRage wydaje dobrą literaturę. Michalski otwarcie krytykuje Mroza.
Ludzie, czytając, uczą się. Potem wydaje im się, że skoro ktoś pisze książki na poziomie wypracowań z podstawówki, to dlaczego i oni nie mieliby spróbować sił jako pisarze?
Dodałabym, że ludziom się wydaje, że spędzanie czasu nad tekstem wydrukowanym i złożonym w kształt książki z samej swej formy jest czymś elitarnym, mniejsza o treść. Bywa to przemieszane z pogardą dla tych, którzy usiłują czytać dobrą literaturę (snob, zadzieranie nosa, tak naprawdę wcale mu się nie podoba, udaje, bo znowu chce być lepszy, a przecież już jestem najlepszy, bo to ja CZYTAM). Ba :) Rozmowa zaciekawiła mnie m.in. i z tego powodu, że dopiero kilka dni temu w znanymi mi kręgu blogosfery zwrócono uwagę na blogera, który komentując i pisząc posty, używa najordynarniejszego SI z możliwych, pisze o niczym, gila panie i panów po brzuszku streszczeniami ich własnych wypowiedzi. Dotarło do mnie, że zablokowałam go pod koniec 2024 roku. Literatura uczy.

niedziela, grudnia 14, 2025

O zbrodniczych reżimach

Słowo na niedzielę:

Zbrodnicze reżimy zostały stworzone nie przez zbrodniarzy, ale przez entuzjastów, przekonanych, że odkryli jedyną drogę prowadzącą do raju. Bronili jej zapamiętale i dlatego zamordowali wielu ludzi. Potem się okazało, ze żadnego raju nie ma i że entuzjaści byli mordercami.
— Milan Kundera, "Nieznośna lekkość bytu".

sobota, listopada 22, 2025

O nawyku

I am your constant companion.
I am your greatest helper or your heaviest burden.
I will push you onward or drag you down to failure.
I am completely at your command.
Half the things you do, you might as well turn over to me,
and I will do them quickly and correctly.

I am easily managed – you must merely be firm with me.
Show me exactly how you want something done,
and after a few lessons I will do it automatically.

I am the servant of all great people, and, alas, of all failures as well.
Those who are great, I have made great.
Those who are failures, I have made failures.

I am not a machine, though I work with all the precision of one.
I work by rule of thumb, but the rules you give me.
You may run me for profit or run me for ruin
— it makes no difference to me.

Take me, train me, be firm with me, and I will place the world at your feet.
Be easy with me, and I will destroy you.

Who am I?

Adolph von Menzel, "Atelierwand", 1872, (niemiecki realizm)

Temat uzależnień jest dla mnie interesujący z jednego powodu: ponieważ uzależnienie będąc zjawiskiem tak destrukcyjnym, bazuje na mechanizmie prostym jak konstrukcja cepa: na nawyku. W zasadzie zawsze, gdy rozmawiamy sobie o tym z moim mężem, ja ze swoich powodów, on ze swoich, rozdrażnieni są tym ciągle ci sami ludzie. Co przypomina mi powiedzonko, nie wiem z której uczelni: jeśli będziesz wyrzucać przez okno skórki od banana, codziennie będą wywijać na nich orły ci sami ludzie ...

Nie jest ważne jak siebie opiszemy na profilu bloggera, jesteśmy w gruncie rzeczy tym, co w kółko robimy, a nie tym, czym myślimy, że jesteśmy (czy ja sobie przypadkiem nie przeczę?). Prowadzi mnie to do konstatacji, że trzeba uważać z zastyganiem w jednej roli, bo czy nie jest tak, że powstańcy dają się infekować brutalnością zaborców, nauczyciele prześmiergają ignorancją swoich uczniów, a pracownicy fabryki opon, jeśli nie dość są ostrożni w wybieraniu swojego pozapracowniczego stylu życia, finalnie robią się tak ekscytujący jak ich półzautomatyzowane stanowisko przy taśmie? Odnoszę też wrażenie, że świat matek kurczy się i infantylizuje podczas opieki nad dziećmi, choć może to być też moim zupełnie prywatnym uprzedzeniem.

Jeśli dobrze rozumiem, Kant uważał nawyk za zagrożenie, bo postępowanie moralne musi być według niego oparte na decyzji świadomej, a nie na automatyzmie takim samym jak bezmyślne wzuwanie kapci, czy mycie zębów. Bywam z Kantem na bakier. Chyba jest mi bliższa koncepcja Deweya, gdzie praktykowanie refleksji samo w sobie może stać się nawykiem, czymś pożytecznym, prowadzącym do lepszych wyborów.

piątek, listopada 14, 2025

O bezmyślności


— Anthony de Mello, "Śpiew ptaka", str. 81, Verbinum, 1990. 

Sama książka jako zbiór anegdotek taka sobie, ale powyższy przykład bezmyślności skrytej za racjonalizacją trafny.

niedziela, listopada 02, 2025

O zmianie (lub jej braku)

Szybciutko przeczytałam kolejną opowieść Fossego, "To jest Ales". Bardzo ciekawa rzecz, o odchodzeniu, śmierci, przewijaniu się tych samych wątków w kilku pokoleniach ludzi mieszkających w Starym Domu. Świat wyobraźni Fossego chwilowo mnie fascynuje, na pewno kupię książkę-wywiad z autorem, zapowiadaną na listopad. 

Dzisiaj, kiedy odświeżałam sobie niektóre wątki z nowelki, pomyślałam, że cechą tego świata wyobraźni jest bardzo ograniczona zmiana, brak nowości, powtarzalność indukowane przez pozostawanie w tym samym miejscu. Gdy nie zmieniamy krajobrazu, nieuchronnie mielimy te same myśli. Stąd bierze się zarówno przekonanie, że podróże wzbogacają, jak i terapeutyczne zalecenie dla osoby trzeźwiejącej, aby zmieniła środowisko życia. Nic nowego, postać stworzona przez Jane Austen, główna bohaterka "Perswazji" mówiła, że kobiety kochają dłużej, bo pozostają w domu. Mam też taką obserwację osobistą, że wielość doświadczeń pozwala ruszyć z dołu, który z innej perspektywy, z innego krajobrazu, najpierw staje się dołkiem, a potem znika z pola widzenia. Ludzie, którzy długo rozpaczają, lub pozostają na wcześniejszym etapie rozwoju umysłowego znacznie ponad należny im wiek, zazwyczaj rzadko zmieniają swoje krajobrazy. Wielu jest w takiej sytuacji bez własnej winy, można być przecież uwięzionym w domu pod czułą opieką najbliższych. Panta rhei kai ouden menei, ale hamujemy piętą czyniąc sobie tym więcej szkody, niż pożytku.

Niemożność ucieczki od miejsca jest potencjalnym więzieniem dla ducha? Myślę, że można być duchem wolnym, którego ciało nie zmienia miejsca, ale to wymaga pewnego rodzaju heroiczności. Zmiana, ruch, to czego tak się boimy, mają moc uzdrawiającą.

piątek, października 31, 2025

O obecności

i oczywiście Mistrz Eckhart ma rację, że człowiek równie dobrze może spotkać Boga w stodole, jak w kościele, i ma rację, że wielu z tych, którzy nie wierzą w Boga, w rzeczywistości wierzy, natomiast ci, którzy robią rozmaite rzeczy, ażeby pokazać, że wierzą w Boga, wierzą po prostu w coś innego niż Bóg, w bożka, bo wierzą w dobre uczynki, w pokutę i post, w sakramenty, liturgię, w to, że taki czy inny sposób życia zaprowadzi ich bliżej Boga, tak, większość tych, którzy są w środku, jest na zewnątrz, a większość tych, którzy są na zewnątrz, jest w środku, pierwsi będą ostatnimi 

(...) 

no i myślę, że dość już tego, i wołam Bragego, i on się podrywa z miejsca, gdzie leży przy moich stopach, i patrzy na mnie, i jego oczy błyszczą w ciemności
Ja nic z tego nie rozumiem, mówię
i Brage patrzy na mnie tymi błyszczącymi oczami, tymi swoimi psimi oczami, i zamykam oczy
Mój kochany Brage, mówię

— Jon Fosse, "Nowe imię" (tłum. Iwona Zimnicka), str. 59 i 62, ArtRage, 2025.

sobota, października 18, 2025

O pośpiechu i autentyczności

Ciekawy mieliśmy przypadek z Karyną. Pewna Karyna w Puławach wyprzedziła nas na ostatniej prostej w drodze do lokalnego szewca. Wiedziała, że zmierzamy w tym kierunku, ciepły poranek, czas taki, że ani to moment przed typową pracą, ani nic (możliwe, że Karyna była po prostu w pracy, i jak to drzewiej bywało, szybko, szybko, kochany pamiętniczku, dwie pieczenie, niby idę do biura, ale przecież obok szewca przechodzę, to uszczknę z tej pracy choć 10 minut, przycwaniaczę, załatwię, wygram na punkty z Dżesiką), w każdym razie, dynamicznie wcięła się przed nas, pierwsza chwyciła za klamkę. Jaki proces zachodził w jej głowie? Interesujące. Co jej to dało? (finalnie sprawy z panem szewcem po swej myśli nie załatwiła, ale przecież musiało jej to coś dać). Czy naprawdę aż tak się spieszyła, czy to testament po matce? 

Zaciekawiło mnie, co na ten temat filozofowie i chciałam sobie wypisać parę myśli do przewałkowania. A ponieważ chyba się spieszyłam :D, użyłam ChataGPT do znalezienia ciekawych sentencji ze znanych mi autorów. Aplikacja podała mi cytatów całkiem sporo, byłabym je zapewne opublikowała bardzo z siebie kontenta, gdyż myśli starożytne rzeczywiście brzmiały znajomo, w końcu czytało się to i owo, ale ... zaczęłam drążyć Kierkegaarda. Pierwsza refleksja, pierwsze stwierdzenie, że to nie cytat, tylko parafraza, drugie podejrzenie, drugie trafienie, w końcu wszystkie rzekome cytaty podane mi przez sztuczną parainteligencję objawiły się jako strzępki memów, parafrazy z dostępnych w Internecie opracowań, a nie dokładne, słowo w słowo, cytaty tłumaczeń. O tempora, o mores! Kochany Mózgu, który nadal rozczarowujesz mnie tylko trochę i nie codziennie! O poczucie ważności, które kierujesz mnie ku prawdzie, miast ku szybkiej nagrodzie!

Montaigne oczywiście mnie nie zawiódł pisząc w Księdze trzeciej swoich "Prób":
"festinatio tarda est"; pośpiech sam sobie podstawia nogę, pęta się i wstrzymuje; "ipsa se velocitas implicat".
(autor przywołał tu łacińskie powiedzenie znaczące tyle, co "pośpiech jest powolnością" oraz cytat ostatniego zdania z 44 listu Seneki z "Listów moralnych do Lucyliusza": po angielsku tłumaczenie Richarda M. Gummerre'go tego fragmentu brzmi "the faster you go, the worse you are entangled" — im szybciej idziesz, tym bardziej się plączesz. Prawda.

Dygresja: AI pogłębia problem nieautentyczności w blogosferze. Do regularnych kłamców, blogerów, którzy kreują się na boleści i założeniu, że autentyczny jest w sieci ten, kto jest smutny, doszli wzmożeni tfórcy generujący słowotok za pomocą aplikacji kompilujących słowa w zdania. Bywa i tak, nie każdy jest choćby przeciętnie inteligentny i czuły na takie fałszywki. Tym bardziej przykry jest dla mnie widok osób mi znanych, które dyskutują z opiniami wygenerowanymi przez ChatGPT nie mającymi choćby pozoru autentyczności. Pisałam już o tym szerzej rok temu, mniej więcej o tej samej porze. Dręczy mnie to, bo problem się pogłębia, na Wordpressie zaczęły mnie w większej liczbie obserwować jakieś odpowiedniki Karyny z Puław, które w życiu nie napisały jednego słowa od siebie. Jak im wyjaśnić, że nie walczę o złotą patelnię w temacie ilości obserwatorów, gdy odezwać się do nich nie chcę, ponieważ interakcja ze mną to nagroda na którą nie zasługują?

Wracając jednak do pośpiechu, sporo znanych mi osób puchnie z dumy, kochany pamiętniczku, że umi szybko szybko i wygrywa z innymi w mistrzostwach o złotą patelnię. A jak już się na tę patelnię napatrzy, narzekać poczyna, że pośpiech to prawdziwa plaga XXI wieku, że dziecka czasu dla nich nie majo, że trudno aż tak. Łgarstwo — wiek XXI czy XX nie ma nic do tego. Jestem przekonana, że pośpiech jest odziedziczoną traumą. Nic w tym nowatorskiego, pewnie zrobiono o tym multum badań, których nie chce mi się teraz szukać. Bo nie. Jest weekend. Zwalniam mentalnie po pełnym emocji tygodniu. Mimo wszystko do pracy i z pracy szłam wolno, mam nadzieję, że nikomu, choćby z polskiego przyzwyczajenia, nie zabiegałam drogi. 

Kiedy ponad tydzień temu na dobre wyjeżdżaliśmy z miasta, po zapakowaniu sakwojaży wróciłam jeszcze na ścieżkę, żeby spojrzeć na liście brzozy i zrobić to zdjęcie:


Karyna szła dzień wcześniej po sąsiedniej ścieżce. Ciekawe, jakie były jej obserwacje i czy w ogóle była wówczas człowiekiem.

wtorek, maja 06, 2025

O memie z bunkra, technice oswajania oraz o panu Grzesiu

Przyznaję, trochę mi się pośmiechujkowało z najnowszej odsłony mema z bunkra, tym razem o trzech mieszkaniach Karola. Ale to dlatego, że obserwuję profil Sekcji Gimnastycznej traktując go jako codzienną porcję rozrywki. W ogólności jednak ślizgam się po wiadomościach pobieżnie, szuuu, szuuuu. Trend na krzykliwe nagłówki coraz mniej mające wspólnego z zawartością samego artykułu zdominowały portale informacyjne skutecznie odstraszając mnie od klikania w nie. Nawet na instagramie kasuję natrętne zaproszenia do Threads. Czytam tytuły, chwilę zmyślam sobie o czym to może być, jem śniadanie, idę do pracy. Jeśli to coś ważnego i utrzymuje się do popołudnia, wracamy do tego w poobiednich rozmowach z mężem — technika oswajania potworów działa.

Bardziej od przypadku mieszkaniowego Nawrockiego (wiedziałam kto zacz, ani trochę nie jestem zaskoczona) cieszy mnie, że Braunowi, który wycierał sobie butki flagą UE (taki gest dla różnych wolno kapujących, bo przecież unijnymi pieniędzmi sobie butków nie wyciera), zabrano immunitet. Lepiej późno niż wcale; pan Grzegorz albo wprowadza w błąd udając chorobę psychiczną, albo naprawdę potrzebuje pomocy. Pierwsze byłoby bardzo nieładne, drugie bardzo kłopotliwe dla najbliższej rodziny. Trzymam kciuki, żeby udało mu się w jakiś sposób nawiązać kontakt z rzeczywistością, czy to przez areszt, czy przez oddział zamknięty. Głosowanie za mniej niż dwa tygodnie, jestem prawie pewna, że do tego czasu nowy post o wyborach na tym blogu nie powstanie ;)

poniedziałek, kwietnia 28, 2025

O wyborach'25, znowuż ;)

Gdyż zrobiłam sobie test Latarnika Wyborczego i wyszła mi głowa konia ;) A konkretnie wyszło z tej zabawy, że najbardziej zgadzam się z Senyszyn (do wyboru było dwadzieścia tematów, które jakoś tam specyficznie zredagowano). Za panią Joanną była Biejat, Zandberg, Hołownia i Trzaskowski (ten ostatni 59% zbieżnych poglądów). Patrząc od dołu, najbardziej nie zgadzamy się z Jakubiakem, Karolkiem, co to dostał imię po papieżu, i z Mentzenem. Nic zaskakującego. Wśród tych na górze dla zasady odrzucam Hołownię. Taka jestem ;)

wtorek, marca 25, 2025

O Szoa inaczej

Opowieść z Sobiboru:

— Jestem Litwinką - mówi i zaraz się poprawia: Jestem Polką, urodziłam się w Wilnie. Mój ojciec został zamordowany w Katyniu, matkę wywieźli na roboty do Niemiec, a ja wychowywałam się tutaj, kilka kilometrów stąd, u dziadków. Wszystko widziałam, wiem, o czym mówię. (...) To była ogromna przestrzeń; — mówi. Mnóstwo porzuconych rzeczy. Walizki, wózki dla dzieci. Miejscowi przychodzili tu kopać. Szukali złota, brylantów, pieniędzy. Wykopywali resztki zwłok, przeszukiwali czaszki w poszukiwaniu złotych zębów. Wyobraża pan sobie? To wszystko robili Polacy. Co z nas za naród? Kim jesteśmy? Myślę, że jesteśmy gorsi od świń, zasługujemy na wieczną hańbę.

Kobieta płacze. Chciałbym ją pocieszyć, ale nie umiem.

 Włodek Goldkorn, "Dziecko w śniegu", str. 152, Czarne, 2018.

czwartek, lutego 13, 2025

O cieszeniu się na zapas

— Józef Baran, z tomu "W wieku odlotowym", 2020 (zdjęcie z sieci).

niedziela, maja 26, 2024

O eutanazji

Napotkałam ostatnio przyczynek do ciekawej dyskusji, która się nie odbyła: czy popieram, czy nie popieram eutanazję. Wymieszano w nim przekonania związane z eutanazją ludzi i innych zwierząt, co skłoniło mnie do paru refleksji na temat mojego własnego stanowiska. 

Ludzie i inne zwierzęta a eutanazja ... pojęcie niby to samo, jednak w praktyce potykamy się o szczegóły. Eutanazja u ludzi to (wg najpopularniejszej obecnie definicji) pozbawienie kogoś życia na jego własne życzenie lub życzenie najbliższej rodziny (by proxy); związane jest z nią subiektywne przekonanie osoby pragnącej zakończyć swoje życie, że cierpienie, którego doznaje, jest nieznośne i nieusuwalne. Nawet jeśli nie byliśmy w takiej sytuacji (osoby cierpiącej, a nie pełnego entuzjazmu obserwatora), nie mamy za bardzo podstaw by z tego typu przekonaniami dyskutować (lekarze w krajach, gdzie eutanazja jest dopuszczalna, są zobowiązani do pokazania perspektyw, ale chodzi mi raczej o negowanie typu "nie cierpisz tak bardzo, są tacy co cierpią bardziej").

Pozbawianie życia zwierząt (innych niż ludzie) z powodów zdrowotnych technicznie przypomina eutanazję by proxy, tzn. uśmiercenie na życzenie najbliższych, działających w najlepszym interesie zwierzęca. W praktyce "najlepszy interes zwierzęcia" bywa mocno naciągany (bo leczenie jest za drogie, bo trzeba się opiekować i nie ma kto, bo schronisko jest przepełnione) i jest to akceptowane społecznie. 

W dyskusjach o eutanazji mieszają się te dwa zjawiska (uśmiercania na życzenie i by proxy, w tym życzenie przez pełnomocnika, który jedynie zgaduje, co jest dla kogoś dobre), dodatkowo, często nieświadomie, podkoloryzowuje się je wątkiem ortotanazji (zaprzestanie uporczywej terapii), która w Polsce przekształcona w szczególny sposób (opóźnianie leczenia, preferencje dla osób młodszych), jest nadużywana w stosunku do ludzi starszych (powody są niemal identyczne, jak z eutanazją u zwierząt: bo leczenie jest za drogie, bo trzeba się opiekować i nie ma kto, bo schronisko szpital jest przepełniony). Poza tym, dochodzimy do króliczej nory dylematu, czym jest wolna, samodzielna decyzja.

Jeśli chodzi o mój pogląd: uważam, że każdy człowiek ma prawo do decydowania o sobie, o swoim życiu i śmierci, nawet, jeśli te decyzje nie do końca mi się podobają, albo nie są zgodne z moim systemem wartości. Brzydzą mnie cwaniackie formy nacisku mające wymusić na innych przyznanie, że czują coś innego, niż faktycznie czują. Stąd ortotanazja w wydaniu à la polonaise brzydzi mnie na równi z odmawianiem ludziom zdesperowanym uznania ich cierpienia za ważne i wiążące.

Uważam jednocześnie, że każde zwierzę powinno mieć daną szansę, jeśli tylko wykazuje wolę życia. Od zwierząt innych niż ludzie nie dowiemy się, czy chcą dalej żyć, możemy jedynie ostrożnie oceniać ich wolę życia, z pełnym szacunkiem dla faktu cierpienia. Obserwuję działanie kilku fundacji pro zwierzęcych, które nakładem dużych środków ratują przedstawicieli różnych gatunków z sytuacji, wydawałoby się, bez wyjścia. Zawsze przy takiej okazji w social mediach znajdzie się komentator, który będzie narzekał, że koń ma złamaną nogę, to po co go męczyć, że za taką dużą sumę ratującą starego, ślepego kota można by pomóc dziesiątkom mniej chorych zwierząt, albo nawet lepiej, dzieci w Afryce czekają. Do piekła.

piątek, grudnia 29, 2023

O kontroli

Wróciliśmy z Kochanym do domu po świętowaniu. Zerknęłam na poprzedni temat. Zachęcona jego ostrożnym potraktowaniem przez komentatorów oraz zbliżającym się Sylwestrem trochę się pewnie powtórzę, gdyż dlaczego by nie ;), ale zajdę od mańki. 
O tym, że miałam przerąbane dzieciństwo, dowiedziałam się od psychologa. — wspomina Ewa (45 lat). I nie, nie na terapii. Do gabinetu terapeutycznego przyjechałam jako przedstawiciel handlowy, przywiozłam ekspres do kawy. Załatwiliśmy transakcję, chcę się żegnać, a starszy pan, miły psycholog mówi, że też wychodzi. A ja wtedy zaczynam go instruować. "Ale powinien pan wyłączyć ekspres z kontaktu". "Jeszcze światło w gabinecie się pali. Trzeba zgasić", "A klimatyzację pan zostawia?".Facet zaczął się na mnie dziwnie gapić. Po kolejnym moim pytaniu nie wytrzymał: "Ale co to panią właściwie obchodzi? Zachowuje się pani [jak] osoba z syndromem DDA. Przecież to mój ekspres, moje światło i moja klimatyzacja" — wypalił. Przytkało mnie.
Mam kłopot z pojęciem DDA (Dorosłe Dzieci Alkoholików) i DDD (Dorosłe Dzieci z Rodziny Dysfunkcyjnej), taki to mianowicie, że nie są ono dość precyzyjne klinicznie i mogą być pożywką dla nadużyć (stąd plagą są grupy wsparcia przy parafiach, które nie bazują na informacji zwrotnej od terapeuty). 
Ewa: — Gdy myślę o nadmiernej kontroli, widzę przed oczami sceny, gdy kobiety kontrolują, ile facet napił się alkoholu, na przykład na weselu, czy imprezie. Jestem na 99 proc. pewna, że robią to te, które pochodzą z dysfunkcyjnych rodzin. Gdy miałaś w porządku rodziców, nie zajmują cię inni. Facet nawali się na imprezie? Jego sprawa. Zrobi to drugi raz, a przy okazji rozkręca aferę? Rzucasz go, bo nie masz głowy dźwigać innych.

Faktem jest jednak, że pewne cechy u osób z rodzin dysfunkcyjnych dość regularnie się powtarzają, a że mamy w bliskim otoczeniu znajomą z zaburzeniami poczucia kontroli i wiem, że jest to problem dość powszechny, sądzę, że moje wpisy pozwolą niektórym co nieco sobie uświadomić. 

Joanna Flis: — Osoby z syndromem DDA mają nadmierną lojalność wobec bliskich. Do tego każdy inaczej pamięta to, co się działo w domu, bo miał w rodzinie inną rolę. Dorosła kobieta, która była dzieckiem-bohaterem, powie, że rodzic był nieodpowiedzialny i zawodził. Ale, na przykład, jej siostra, która odgrywała rolę dziecka-maskotki, odpowie: "Co ty mówisz? Tata był taki ciepły, emocjonalny, zabawny. A to, że sobie lubił wypić? Co to takiego, to ty jesteś taka poważna i zasadnicza!".

Powyższe cytaty są z tekstu onetu autorstwa Katarzyna Troszczyńskiej podsumowującego objawy u dorosłych wychowanych w rodzinach, gdzie był obecny alkohol. Już mi się zdarzyło na tym blogu komentarze osób alergicznie reagujący na temat alkoholowy (w szczególności na temat roli osoby niepijącej, która decyduje się zostać w związku, co zmusza dzieci do dokonania poznawczej obróbki i ochrony pamięci takiego aktu), a to tylko pokazuje, że warto sprawę mielić, aż się przemieli. Temat jest związany także z innymi rodzajami przemocy w rodzinie (nie każda rodzina dysfunkcyjna jest rodziną "pijącą"), które skutkują wzmożoną potrzebą kontroli, często przedstawianą później przez osobę wykonującą nadmiarowe czynności uspokajające jako poświęcanie się dla innych. 

niedziela, listopada 05, 2023

O żałobie

Update 2: wiecie już jak się nam październik zakończył. Wyniki wyborów dobre (no, mnie się podobają), obrona odfajkowana, a ja wcale tego nie pamiętam. Na domiar wszystkiego organizm zupełnie stracił odporność, jestem chora, siedzę po północy w skarpetkach w żyrafy i piszę ten tekst, bo myli się mi noc z dniem. Ryszard i tutaj był trochę obecny, swoją futrzastością wypełniał kawałek naszego życia. Mam nadzieję, że wiecie i rozumiecie. 

Żałoba to proces, który towarzyszy radzeniu sobie ze stratą, inaczej ze zmianą w czymś, co uważaliśmy za stały element naszego życia. Czyli może dotyczyć nie tylko śmierci kogoś dla nas ważnego, ale także zerwania z kimś, utraty pracy albo sprawności fizycznej. Jest to proces naturalny i konieczny, towarzyszy powolnemu przeorganizowaniu i nauce nowego funkcjonowania w codzienności. Kulturowo przyjmuje się różne okresy przeznaczone w danej społeczności na przeżywanie zmiany. Ze swojego życia przypominam sobie cykle od kilku miesięcy do dwóch lat, gdy bardzo intensywnie przeżywałam utratę. Za kilka dni minie pierwszy rok od śmierci babci Mani - żałoba po niej trwała krótko, m.in. dlatego, że niektóre jej elementy odczuwałam jeszcze przed śmiercią babci. Rozstania zapowiedziane wcale nie są łatwiejsze. 

Żałoba może być depresjopodobna, ale powinno się w tym czasie unikać diagnozowania w kierunku depresji. Cały proces kończy się wówczas, gdy staje się opowieścią, którą możemy przekazywać innym bez ponownego przeżywania traumy. Dlatego tak bardzo ważne jest otwarte opowiadanie o stracie (co może się wydawać niektórym postronnym męczące, szczególnie jeśli mają zwyczaj uciekać od własnych negatywnych emocji i sami coś w sobie duszą). Mamy listopad, więc temat jest nawet adekwatny. Jeśli Was to interesuje, więcej o żałobie w linku-wywiadzie z Anną Hebenstreit-Maruszewską

środa, marca 29, 2023

O teologii

Cierpiąc z powodu bezustannie kurczącego się kocyka czasu, podrzucam do przemyśleń taki wywód z niedawno przeczytanej lektury:

Nigdy, ale to nigdy nie zapomnę w tym kontekście jednego z konwersatoriów z ekologii na moim obecnym Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Każdy ze studentów miał przygotować trwające mniej więcej kwadrans wystąpienie o jednym z gatunków ssaków chronionych w Polsce. Przygotowałem referat o wilkach. Wstrząsu doznałem, gdy utytułowany starszy i  zasłużony profesor, naukowiec, z wielkim szacunkiem i  zainteresowaniem odniósł się do mojej, studenta pierwszego roku, wiedzy. Rozmawiał ze mną jak z  kolegą ekspertem, przyznawszy, że wilki nie są jego dziedziną i  chętnie się czegoś ode mnie dowie. 

Nie zapomnę tego, bo tak potworny to był kontrast ze sposobem traktowania nas na wykładach z bełkotu, jakim jest teologia. Dziedzina, w której niczego nie trzeba udowadniać, wystarczy mieć autorytet wynikający z tego, że się spędziło ileś tam lat na KUL-u czy w  Rzymie, z  tego, że jest się wyżej czy niżej w łaskach biskupa, a wtedy każde zdanie, które się wypowie, jest i  musi być przez podwładnych traktowane jako święta prawda. Autorytet zaś swoich twierdzeń udowadniać nie musi.

— Robert Samborski, "Sakrament obłudy", str. 92, Krytyka Polityczna, 2022.

czwartek, czerwca 03, 2021

O pochodzeniu i nauce

Babcia Mania, prosta kobieta po pięciu klasach szkoły powszechnej, uważała kiedyś, że psy i koty powinny siedzieć na dworze. Teraz, w osiemdziesiątej dziewiątej wiośnie, myśli inaczej.

Krystyna pokończyła uniwersytety, spinała kok wysoko. Zawsze lubiła zwierzęta na odległość i w teorii, bo od początku wiedziała jak się żyje właściwie. Nie zmieniała zdania, w związku z tym była z siebie bardzo zadowolona.

Siedzę pod kapturem szlafroka i piję zieloną herbatę przed śniadaniem.

niedziela, stycznia 31, 2021

O zbrodni oddziału "Burego" w Puchałach Starych

Podlasie, rok 1946, dzisiaj mija 75 lat.
Przypomnienie kontekstu historycznego (Wirold Jurasz) TUTAJ.
Dwa dni wcześniej miała miejsce zbrodnia w Zaleszanach.

piątek, lipca 03, 2020

O rozpoznaniach

Rozstrój żołądka powodują u niego: niespodziewana wizyta, oczekiwany gość, rewizyta, oficjalne spotkanie, podróż, mieszkanie z kimś w pokoju (poza Zosią), nocowanie u kogoś, stanie w kolejce, czekanie na windę. Skręca go na myśl o długiej podróży samolotem. Nigdy nic nie je na dzień przed wyjazdem i podczas samej podróży. W ogóle wszystkiego w życiu stara się unikać.
— Grzebałkowska o Zdzisławie w "Beksińscy. Portret podwójny", str. 76, Znak, 2014.
Trankwilizatory - chyba nie używam tego za dużo. Zresztą niczego nie przepisuję sobie sama. Jeżdżę do Rzeszowa na wyznaczone wizyty i tam lekarz na podstawie badań zapisuje mi to, co uważa. Przyznam, że te środki wydają mi się czasem słabe. Mam takie dnie, że nie wiem, co bym zażyła, żeby ten motorek wewnętrzny przestał mnie dręczyć.
— Zosia o sobie w Grzebałkowskiej "Beksińscy. Portret podwójny", str. 128, Znak, 2014.

W Tomaszu jako dziecku, gdy wszystko go denerwuje i wszystkich chce zabić, rozpoznaję swojego ucznia z piątej klasy, u którego zdiagnozowano Aspergera. Zerkam do sieci, czy coś o tym piszą, trafiam na stronę wyznawców, którzy tytułują Zdziska per Mistrz. Ktoś wspomina o ZA, ktoś inny drwi z diagnozy na odległość. Czytam też o pani, która znała Tomasza i wścieka się, że to nieprawda, on nie był taki jak w filmie o nich, bo inaczej jakby mógł prowadzić takie fajne audycje. W recenzji "Ostatniej rodziny" Matuszyńskiego napotykam myśl, że Zosia była opoką. Jedyna normalna, zawsze zajęta, prawdziwa Matka-Polka.

Przypominam sobie wypowiedź Krystyny Jandy, która twierdziła, że nigdy nie widziała Osieckiej pijanej.

poniedziałek, czerwca 22, 2020

O głosowaniu

Pierwszy raz w życiu zagłosowałam w wyborach korespondencyjnie, więc odnotowuję to niecodzienne zdarzenie.

Było dla mnie jasne, że nie oddam głosu na Dudę, reszta jest wypadkową ideałów i zdrowego rozsądku. Użyłam nawet Latarnika Wyborczego, żeby zobaczyć jacy kandydaci są mi, teoretycznie, bliscy. Bardzo się nie zdziwiłam, że najbliżej mi do Biedronia, Hołowni i Trzaskowskiego, w tej kolejności. I zastanawiałam się długo, czy zagłosować tak, jak chciałam poprzednio, czy raczej bez mecyj oddać głos identyczny z moim głosem w drugiej turze. Dlaczego z góry nie brałam pod uwagę kandydatury Hołowni? Chciałabym, aby prezydent reprezentujący mój kraj zachowywał się normalnie podczas wizyt w Watykanie. Zwykły uścisk ręki, żadnego pełzania i całowania pierścienia. Nie wierzę, że Hołownia znalazłby w sobie siłę, by tego uniknąć, choć wypowiada się jak człowiek uczciwy i dobrze mu z oczu patrzy. Być może wynika to z mojej małej wiary w ludzkie zdolności opierania się naciskom, lub też z wiedzy, cóż zrobić. Super byłoby mieć prezydenta, który będzie stosował rozdział Kościoła od państwa, taka przyświeca mi myśl. Najodważniejszy w tej materii byłby z pewnością Biedroń, w Trzaskowskim można na tym etapie pokładać niejakie nadzieje. Wybrałam pokładanie nadziei, jak widzicie słaba ze mnie cyklistka-nihilistka.

Jeśli chodzi o fałszerstwa wyborcze, krzywe liczenie głosów i to ile pieczątek powinno być na liście - zrobiłam, co mogłam. Zdejmuję z siebie ciężar myślenia o tym, czy ktoś będzie chciał mnie oszukać, oraz czy nasza An Post dostarczy wszystko na czas. Między bajki wkładam, że wybory musiały być w maju, czy muszą być teraz, bo PiS szanuje prawo. Wybory są teraz, bo Budyniowi z Soczkiem Malinowym z każdym miesiącem tego roku topniało poparcie w sondażach. Czy mu stopniało wystarczająco, żebyśmy go już nie musieli oglądać - tego się właśnie dowiemy po wyborach. Będę rozczarowana, jeśli zostanie, to jasne, cieszę się jednak, że czas wyboru nadszedł. Odczuwałam te ostatnie tygodnie w polityce jako spory ciężar, bo smród przedwyborczego łajna dociera nawet tutaj, choć nie oglądamy telewizji.

Postawiłam więc krzyżyk i tyle mojego udziału. Nie ma wyprawy do lokalu wyborczego, nie ma kawy powyborczej. W pokręconym roku 2020 przed chwilą przyszło lato.