Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty

sobota, stycznia 03, 2026

Pojmowanie

— Dwa moje słowa najukochańsza to "higiena" i "poczucie moralności", oto i moje wyznanie wiary! — trajkotała jedna, ale na zaskoczone spojrzenie drugiej dorzuciła: — Oczywiście prócz świętej wiary rzymskokatolickiej!
— Moje wyznanie wiary to: Mąż. Tylko mąż. Nie tylko nie wbiję w ścianę jednego więcej gwoździa bez jego aprobaty, ale i chodzę zawsze tymi ulicami, które on mi wskaże, bo mąż wie najlepiej co i jak się robi w życiu!
— U mnie tak samo, gust męża. Mąż mój lubi sztukamięs z chrzanem, to jadamy dwa razy w tygodniu, choć ani ja, ani moje panienki ścierpieć nie mogą. I mój mąż — wymawiała ten zwrot w szczególny sposób — dywanów nie znosi. Więc nic, ani jednego chodniczka w pokoju. I te wszystkie nowatorstwa literackie też u nas miejsca nie mają ...
— Mój mąż jest za religijnym wychowaniem, to córeczki wpisane są do bractwa dzieci Maryi. Mąż wie najlepiej.
— Tak. Ja tak pojmuję feminizm.
— Maryla Szymiczkowa, "Szaleństwo i śmierć spłyną z gór", str. 226-227, Znak, 2025.

Ubawił mnie ten fragment z najnowszego kryminału retro tandemu Dehnel-Tarczyński, bo odniosłam wrażenie, jakby autorzy zawędrowali niechcący w to samo miejsce co moi. Pierwsza książka w roku 2026 została przeczytana.

sobota, listopada 29, 2025

Psychologiczny matriarchat

Rozwody i separacje zdarzają się rzadko i są zwykle piętnowane. Kobieta powinna się ćwiczyć w znoszeniu cierpienia. Nawet jeśli odejście od męża przychodzi jej do głowy, nie jest w stanie się uniezależnić. Zwykle w takim przypadku nie znajduje oparcia w swojej rodzinie, ponieważ ślubowała przed ołtarzem i nie wolno jej zerwać sakramentu, a do tego wszystkiego posag, który wniosła, teraz w połowie należy do męża. Pcha więc swój małżeński wózek, poszukując siły w relacji z dziećmi i w religii, a jej emocje poruszają się po specyficznej, ale typowej dla tego rodzaju relacji rodzinnych trajektorii. Kocha dzieci i Pana Jezusa, męża zaś traktuje użytkowo, tolerując go lub nienawidząc, ale na ogół mimo to spełniając wobec niego małżeńskie obowiązki, od współżycia seksualnego po usługiwanie w kuchni. 

Filozof Andrzej Leder w swojej głośnej książce "Prześniona rewolucja" w odniesieniu do relacji w chłopskich rodzinach, w których panuje przemoc, proponuje termin "psychologiczny matriarchat". Kobieta – dowodzi Leder – poddana brutalnej przemocy, "przez identyfikację ze znakami wiary i obrządku, przez żarliwą miłość do nich – księdza, Boga, Chrystusa – może zyskać pozycję moralnej wyższości, stać się przedstawicielką normy i prawa, a ostatecznie symbolicznie unicestwić chłopa w oczach swoich i dzieci, ba, w jego własnych. To jej odwet za pijaństwo i bicie. […] Miłość, szacunek, oddanie są zarezerwowane dla figur religii; akceptacja tych ostatnich przywraca kobiecie godność, którą odbiera jej mężowska przemoc".
— Joanna Kuciel Frydryszak, "Chłopki", str. 138, Marginesy, 2023. 

Czytam z zaciekawieniem opowieść o wiejskich praprababkach (oczywiście, nie chodzi o to, że dokładnie "moich" — jestem w środku książki i na razie nie natknęłam się na opowieści z rodzinnych wsi, ale wiele wątków poruszonych w książce przywodzi mi na myśli wyraziste wspomnienia babcinych narracji).

Powyższy fragment potwierdza moje obserwacje na temat związku dewocji z niemożnością wyjścia z pułapki. Psychologiczny matriarch — poczucie wyższości bazowało na cierpieniu, którego w żaden sposób nie dało się uniknąć: mężczyźni są wrogami, których trzeba podejść, przekonać, że robią to, co sami wymyślili, przekonać ich, że rządzą także tam, gdzie nie mają władzy; kocha się dzieci i pana Jezusa, zawsze takiego ładnego, męża się toleruje, zostawiając sobie wybuch uczuciowości na czas po śmierci współmałżonka. Ta optyka obowiązywała z pewnością jeszcze w pokoleniu moich babć, których dorosłe życie przypadło na powojnie ("tylko nie mów ojcu"), a jej echa są widoczne nawet wśród całkiem młodych osób (ostatnio, podczas niezobowiązującej rozmowy z miłą, litewską sprzedawczynią, która może i mogłaby być moją córką, na stwierdzenie, że święta spędzę bez męża, usłyszałam, że przynajmniej sobie odpocznę; uśmiechnięta dziewczyna, jestem przekonana, że życzyła mi dobrze).

niedziela, października 06, 2024

Pamięć jak kalekie drzewo

Iluż to było w rodzinach Aleksandrów Wielkich, Hektorów, Spartakusów, Rolandów i Ryszardów Lwie Serce, iluż naszych przodków walczyło pod Wiedniem, broniło Częstochowy, dusiło czapką lonty rosyjskich armat, iluż szło na Moskwę z Napoleonem, przelewało krew w powstaniach, gniło w Szlissenburgach i Magdeburgach. Nikt za to w rodzinie nie słyszał o zdrajcach, tchórzach, kurwach i złodziejach, ludzkich miernotach na służbie zaborców, oportunistach, zwykłych oprychach, tępych burżujach, zrujnowanych hazardem arystokratach, ciemnych i pazernych chłopach obdzierających powstańcze trupy, pogromiarzach i szmalcownikach, próżnych byczkach ziemiańskich, zakłamanych bigotach - wszyscy oni, okazuje się, nie mieli krewnych. Urodzili się samorodkami i zmarli bezpotomnie.
— Jarosław Kurski, "Dziady i dybuki", str. 118, Agora, 2022.

Nadal idę sobie spokojnie przez książkę Kurskiego od czasu do czasu uśmiechając się do siebie. Autor pięknie wyraził to, co wielokrotnie tu powtarzam, że ludzie kłamią o zmarłych i z wielu przodków wybierają tego, z którym warto się utożsamiać, ignorując w ten sposób całą rzeszę ciekawszych indywiduów. I dlaczego? Dla leczenia własnego ego. Jestem z rodziny chamskiej, przeglądam swoją genealogii i łaknę dobrej historii, czegoś prawdziwego, choćby tego obdzierania powstańczych trupów. Jednak usta na sznurek. Nikt takich opowieści nie przekazuje, nikt nie opowiada wnukom, że w szkole bił słabszych, albo wydał Żyda w czasie wojny. Jeśli starsze pokolenia już coś sobie przypominają, to raczej jest to piosnka o tym, że byli bici i że Żyd ich okradł. Dlatego już się nie dowiem, czy najstarszy brat mojego dziadka aż takim był komunistą, czy po prostu serdecznie nienawidził swojej rodziny, gdy przed wojną wyjeżdżał walczyć w Brygadzie Międzynarodowej. Śmierć pamięci nastąpiła ze śmiercią osoby. Znikło się i nie ma.

sobota, marca 09, 2024

Leniwe referendum

Miałam wspomnieć o irlandzkim referendum konstytucyjnym, więc wspominam dość rozwlekle. Miś ze mną.

Referendum odbyło się wczoraj, nie brałam w nim udziału, znam jednak osoby, które już przed pracą odwiedziły punkt wyborczy, poza tym dostaliśmy ulotkę informującą nas o tym, jakie zmiany artykułu irlandzkiej konstytucji z roku 1937 będą głosowane. Referendum obejmowało fragment artykułu 41 dotyczącego rodziny (kolorem zaznaczyłam proponowaną poprawkę 39, polegającą na dodaniu lub wykreśleniu zdania):
41.1.1° The State recognises the Family, whether founded on marriage or on other durable reltionships, as the natural primary and fundamental unit group of Society, and as a moral institution possessing inalienable and imprescriptible rights, antecedent and superior to all positive law.

41.3.1° The State pledges itself to guard with special care the institution of Marriage, on which the Family is founded, and to protect it against attack.
Osobna poprawka (nr 40) w tym samym artykule dotyczyła opieki. Poprawka zakładała wyrzucenie następujących punktów:
41.2.1° In particular, the State recognises that by her life within the home, woman gives to the State a support without which the common good cannot be achieved.

41.2.2° The State shall, therefore, endeavour to ensure that mothers shall not be obliged by economic necessity to engage in labour to the neglect of their duties in the home.
i zastąpienie ich tekstem o brzmieniu:
The State recognises that the provision of care by members of a family to one another by reason of the bonds that exist among them, gives to Society a support without which the common good cannot be achieved, and shall strive to support such provision.
Liczenie głosów nadal trwa, wydaje się jednak, że odrzucenie proponowanych poprawek jest całkiem możliwe. Poprawce 39 zarzucano, że rozmywanie definicji rodziny (w oryginale jest ona oparta na instytucji małżeństwa, w poprawce na "other durable relationships", co wprowadza sporą dowolność pojęcia) może być podstawą do nadużyć prawnych na polu np. dziedziczenia. W kwestii poprawki 40, argumenty przeciw były jeszcze ciekawsze. Jej twórcy twierdzili, że wycięcie wątku o centralnej funkcji pomocowej kobiet/matek w rodzinie ma usunąć z ustawy zasadniczej język będący podstawą do dyskryminacji ze względu na płeć (i taka dyskryminacja na rynku pracy rzeczywiście miała miejsce w Irlandii do lat 70-tych, a nawet później). Tymczasem argumentacja przeciwników poprawki 40 nie szła w kierunku ustalania pozycji kobiety, ale koncentrowała się na tym, jak brzmi tekst poprawiony. Pojawiły się głosy, że poprawka 40 może mieć negatywne konsekwencje dla osób starszych i niepełnosprawnych, nowy tekst sugeruje bowiem obowiązek wzajemnej opieki nad członkami rodziny. Cóż w tym złego? Polska głowa mogłaby tego nie wymyślić. Otóż, taki zapis mógłby otwierać państwu furtkę do zrzucenie niektórych form pomocy osobom niepełnosprawnym na barki najbliższych. Jest to ciekawy wątek, pokazuje bowiem, że Irlandczycy, choć nadal jeszcze żyjący w bardzo rozgałęzionych rodzinach, w sytuacji kryzysu oczekują przede wszystkim wsparcia od państwa, takiego wsparcia, które pozwoli im zachować względną niezależność.

niedziela, lutego 25, 2024

Rodzina, ach, rodzina

Czarnek w programie "Godzina Zero" został zapytany, co by zrobił, gdy się okazało, że jego syn jest gejem. Po sekundzie wahania były minister odparł "Przytuliłbym go, porozmawiał i bym się z nim pomodlił". Wywiad ostro skomentowała Kinga Rusin, sugerując, że za pomocą Mazurka i Stanowskiego Czarnek ociepla swój wizerunek. Może tak być. Nawet nie muszę się w ten wywiad wgryzać, wystarczy mi cytowany fragment i refleksja, dlaczego nikt od razu nie zapytał, co by się stało, gdyby syn odparł "tato, nie będę się też już z tobą modlił"? 

W mijającym tygodniu rozeszła się wiadomość, że w wieku 46 zmarł Tomasz Komenda, który najpierw był wielkim bohaterem, a następnie kozłem ofiarnym, gdy dostał miliony i mamusia wypłakała się prasie, jak to go potępia, ale nie potępia (ten wywiad przypieczętował moje przekonanie, że Komenda faktycznie wychował się w rodzinie dysfunkcyjnej). Gdy społeczeństwo łkało nad biedną matką, która publicznie dzieliła swoje dzieci na fajne i niefajne (może ludzie znają to z autopsji i dlatego nie pukali się w głowę?), Komenda prawdopodobnie już leczył raka i chciał mieć choć chwilę wytchnienia od teatralnych dram. 

W Irlandii zaś zbliża się kolejne referendum, Obywatele będą decydowali o losie proponowanych zmian w Konstytucji. Poprawki 39 i 40 dotyczą roli kobiety w rodzinie, oraz definicji rodziny (poprawka sugeruje, żeby odejść od definicji rodziny bazującej na małżeństwie). Ciekawa jestem wyników i jeszcze o nich napiszę.

Wszystkie trzy tematy mają oś wspólną: rodzinę jako punkt odniesienia. Czy można od niej uciec, żeby przestała kaleczyć? Chyba nadal nie ma na to powszechnego przyzwolenia. Raz przeczytałam odmienną od kanonicznej interpretację nowotestamentowej przypowieści o zagubionej owcy i ten obraz zostanie ze mną na zawsze: pasterz rusza za owcą, która odłączyła się od stada, żeby te, które zostały, nie zaczęły sobie myśleć, że też mogą żyć poza nim. Dzisiaj, w związku z zupełnie innym tematem przyszła mi do głowy myśl, że europejskie kobiety wychowane w rodzinach wyznających islam powinny mieć systemowo zagwarantowaną możliwość natychmiastowej ucieczki z domu i zmiany danych osobowych, żeby nie mogli ich tropem podążać krewni zafiksowani na kulturze honóru. Jednak za chwilę pomyślałam, że (nie tylko) kobiety z innych, nieislamistycznych środowisk mogłyby zacząć żądać dla siebie podobnego przywileju. A na to chyba mało kto w Polsce byłby gotowy. 

piątek, kwietnia 15, 2022

Dzieci i ryby głosu nie mają

"Tłuczenie garów słychać pewnie piętro niżej", Matylda machinalnie mieszała herbatę, chociaż od lat nie cukruje, i w głowie komentowała poczynania perorującej starszej siostry. Właśnie został wyczerpany temat smoleński, widać było, że Krysia wyciągając tarkę do jarzyn zbiera siły do następnej litanii. Nigdy nie jechała na pusto, znała swoje kobiece obowiązki.

— Władek przyjeżdża w sobotę z dziećmi, Agata będzie z tym swoim na świątecznym śniadaniu, Piotr dopiero w poniedziałek, na śmigus dyngus, pewnie wpadnie na kilka godzin, posiedzi, wiele nie powie. Tak sobie dzieci wychowaliśmy ...  Czy oni nigdy nie mogą pojawić się zwyczajnie razem? 

Matylda uznała, że to pytanie retoryczne. Krysia nie chciała wiedzieć, że jej dzieci ustalają między sobą grafik, kto spędza czas z rodzicami. "Nie chcesz wiedzieć, to nie wiesz, widocznie śmierć męża niewiele tu zmienia".

— Przecież byli razem na stypie — Matylda spróbowała zreasumować tematykę pokojowo — Poza tym wiesz, jak to jest, mają swoje życie, kariery.

— Kariery! Krystyna prychnęła prawie tak, jak gdy ostatnio wymawiała imię Grety Thunberg. Grecia! — Jaką karierę ma Michał w tej swojej Bretanii?! Przecież tu by mu było najlepiej. 

Ostatnie zdanie weszło w płaczliwą tonację. Krysia często myślała o Michale, była przekonana, że właśnie on jest dowodem na potęgę działania modlitwy i świętych olei, którymi w tajemnicy polewała ściany jego mieszkania, gdy syn był chory i mogła myszkować w jego domu bez przeszkód.

— Michał akurat ma swoje powody, żeby mieszkać dalej — Matylda starała się, żeby jej głos nie zabrzmiał agresywnie.

— Jakie powody? Jakie?! My z ojcem zawsze robiliśmy wszystko, żeby wyszedł na ludzi — Tarta marchewka aż zapiszczała pod naporem Krystynowej ręki.

— No wiesz, papiery szpitalne, ubezpieczenie — ciągnęła Matylda w inną stronę, chociaż siostra dobrze pojęła aluzję. Przykra myśl była jednak nieporęczna, Krystyna natychmiast ją odrzuciła jako podszepty złego.

— A wiesz, że zabrali ze sobą dużo zdjęć z dzieciństwa? Z nami, z dziadkami — Zmiana tematu w takiej sytuacji przychodziła Krysi naturalnie jak oddychanie — Michał wypytywał o ojca, jego znajomych, zaprosili mnie do kawiarni. I na spacerze byliśmy. Na cmentarzu też ... — Krystynie oczy zaczęły wypełniać się łzami, zamilkła, ale nie przestała znęcać się nad marchewką, którą zaciskając usta w gniewnym grymasie tarła coraz zapalczywiej. Dobrze byłoby mieć przy sobie najstarszego syna. Codziennie mógłby ją podwozić na cmentarz, robiłaby mu obiady, nauczyła synową gotować. Z czasem zaczęliby z nią chodzić do kościoła. Modlitwy działały, powoli wszystko ułożyłoby się tak, jak należy, jest tego pewna, spokojnie mogłaby przekazać im schedę Janickich i zamknąć oczy. Jak to wszystko jest możliwe? Dzieci tak się rozeszły po świecie, że nawet mieszkając godzinę jazdy autobusem od rodzinnego gniazda, nigdy nie mogą zebrać się jak dawniej, gdy wszyscy byli tu tacy szczęśliwi. A byli?, wtrącił się znowu złośliwy głos.

Matylda milczała, dreszcz ją przeszył, w zasadzie nie wiadomo dlaczego, jakby skrobanie łyżeczki o szklankę dotknęło jej kręgosłupa. "A byli?". Tę myśl, jak wiele innych w tym domu, zostawiła dla siebie.

wtorek, stycznia 11, 2022

Logika dziadersa

Widzimy, że ludzie nie chcą mieć dzieci. Lub tylko jedno, i nie więcej. Wiele, wiele par nie ma dzieci, ponieważ nie chcą, albo mają tylko jedno - ale mają dwa psy i dwa koty ...tak, psy i koty zastępują dzieci. To zabawne, ale taka jest rzeczywistość. I to zaprzeczenie ojcostwa i macierzyństwa umniejsza nas, pozbawia nas człowieczeństwa.
— powiedział bezdzietny (przynajmniej formalnie) Jorge Mario Bergoglio (papież Franciszek). 

Dziaderstwo międzynarodowe komentowane w wielu językach. Odkopywanie argumentu z egoizmu i posiadania zwierząt domowych ... powiem tak, facet jest po filozofii i prowadzeniu wykładów z literatury i psychologii (nie pytajcie jaka to ścieżka edukacyjna), wiem, że mógłby wymyślić coś głębszego, coś z czym warto byłoby podjąć dyskusję. Moim zdaniem, spojrzał na ludzi zebranych przed sobą i stwierdził, że n i e   m u s i. You're being rude to your own kind, mister pope. Oh, yes, you are, and I see you, mister pope.

sobota, września 11, 2021

Czcij ojca swego i matkę swoją

Kilka dni temu czekając na męża zabawiłam dłużej w księgarni i przeglądałam książki różne, w tym i takie, których nigdy nie kupię. Jedną z takich pozycji jest z pewością bryk z języka polskiego dla maturzystów — wystarczyła chwila kartkowania, żeby się natknąć na analizy historii biblijnych i stwierdzenie, że nie wszyscy są wierzący, ale dekalog jest przecież uniwersalny. Żachnęlam się przypominając sobie scenkę pt. Całując tyłek Hanka i przykazanie o księżycu zrobionym z zielonego sera. Niech będzie, a cztery pierwsze przykazania (katolickiej wersji katechetycznej) niech szybują w Kosmos, nie wspominałabym o tym, gdybym ostatnio nie odbyła ciekawej rozmowy z naszą gościnią, która opiekowała się kotem, gdy my szlajaliśmy się po Dolnym Śląsku. Wielokrotnie już głosiłam tu i ówdzie kontrowersyjne i wywrotowe opinie o relacjach międzyludzkich, opiekunka kota zrobiła mi tę przyjemność, że mogłyśmy sobie odświeżyć kilka prawd życiowych na przykładzie z życia, jej życia. 

Otóż nasza znajoma zerwała kontakt z rodzicem i nie zamierza go odnawiać mając w pamięci to, co ma w pamięci, a co mnie nie powinno obchodzić. Jest to fakt z jej biografii, skończony, zamknięty i opieczętowany, chyba, że kiedyś postanowi inaczej, przy czym to także nie mój interes. Nasza rozmowa dotyczyła nie tyle samego faktu, bo nie ma tu nic do dyskusji, ile reakcji najbliższego otoczenia. Otóż otoczenie tego tak nie widzi i uważa, że ma prawo pouczać, prosić, upominać oraz rżnąć głupa, okazyjnie nieśmiało proponować pojednanie lub na bezczela transponować przykazanie czwarte. Domyślam się, że doradcy łaski pełni dzielą się na dwie grupy: tych, którzy nie mają pojęcia dlaczego jest jak jest, ale chcą pojednania w cudzej relacji, bo uważają, że tak się robi, oraz na tych, którzy doskonale wiedzą dlaczego jest jak jest, bo byli świadkami zdarzeń różnych, i choć wówczas palcem nie kiwnęli, aby pomóc ofierze, dzisiaj chcą pojednania w cudzej relacji, bo uważają, że tak się robi. Dlaczego chcą wymusić zgodę pomiędzy rodzicami i dziećmi? 

  • Bezmyślne stosują wzorce kulturowe, szczególnie, gdy sytuacja nie dotyczy ich bezpośrednio. 
  • Wierzą w dobrodziejstwo wybaczania zawsze i za każdą cenę, przy czym wybaczenie jest tożsame z pojednaniem.
  • Czują zawiść, że niektórzy ludzie robią w swoim życiu to, czego oni sami nie mają odwagi zrobić. 
  • Czują lęk/poczucie winy, bo w głębi duszy uważają, że są beznadziejnymi rodzicami i że tylko czwarte przykazanie gwarantuje im łatwe przebaczenie.
  • Czują żal — po śmierci rodzica z którym nie utrzymywali kontaktu snują mrzonki, że gdyby pierwsi wyciągnęli dłoń, relacja w magiczny sposób by się odbudowała i przekuwają to na mądrość życiową sprzedawaną innym.
  • Uważają, że każde pokolenie musi wypić swój kielich goryczy zmuszając się do kontaktu z rodzicami — oni to robili i nikt nie ma prawa mieć lżej.
Dodalibyście coś jeszcze?

niedziela, czerwca 06, 2021

Toksyczna matka

Od czasu do czasu dzięki internetowi wrzucam do koszyka kolejne książki do kupienia. Na liście mam świeżą autobiografię Sinead O'Connor oraz książkę o Szeli, "Baśń o wężowym sercu" Radka Raka. Półka dodatkowa musi być, bo nie mogę się powstrzymać. A teraz na listę wciągnęłam "Toksyczną matkę" Rutkowskiego i Stanisławskiej. Wywiad ze współautorem daje nadzieję na opis mięsistych przypadków:

W gabinecie teraupetycznym, gdy pada komunikat, że mama pacjenta jest lekarzem, nauczycielką, czy prawnikiem lub pracowała w służbach mundurowych, od razu pojawia się diagnostyka.

Ładnie, nieprawdaż? Ta notka jest w zasadzie zaproszeniem do wywiadu w LINKU, choć domyślam się, że i książka, osadzona w polskich realiach, niejednemu otworzy oczy, w końcu patologii emocjonalnej doświadczamy częściej niż kontaktu z łatwiej zauważaną, bo cudzą, patologią "spod sklepu". 

Sytuacja emocjonalnego dystansu nazywana szacunkiem, nieumiejętność obiektywnego spojrzenia na to, kiedy rodzic miał w przeszłości rację, a w czym się zasadniczo mylił, tworzenie cukierkowego wizerunku życia rodzinnego (Kult Wielkiej Matki "nie wiem w co ręce włożyć" Zajętej, tak powszechny w blogosferze 50+, pełnej magicznych, mądrych, dobrotliwych i w części nieistniejących matek), brak refleksji nad powielaniem patologicznych zachowań zaobserwowanych w domu, zawyżone i dwubiegunowe oczekiwania wobec otoczenia — wiele takich spraw, osobno nawet błahych, buduje życie z którego człowiek może nie być zadowolony.

wtorek, stycznia 19, 2021

Więzi

Jest jeszcze ciemno, odpaliłam laptopika i sączę zieloną herbatę, gdyż zatoki i ja nie jesteśmy od kilku dni przyjaciółmi. We're no friends, I mutter to myself. To Wam coś napiszę siedząc w blasku stolikowej lampy, którą dostaliśmy z Kraciastym z okazji ślubu.

Wczoraj przeczytałam w końcu o akcji polskiego prezydenta hipotetycznego, gdyż wychynął mi z niebytu na portalu informacyjnym. Tą drogą doinformowałam się o sytuacji ostatecznej pewnego Polaka na Wyspach. Brytyjski szpital odłączył podtrzymywanie życia u mężczyzny, który jeszcze w listopadzie zeszłego roku, po długim zatrzymaniu akcji serca, doznał rozległego uszkodzenia mózgu. Żona i dzieci podjęły trudną decyzję zaprzestania bezsensownej terapii, człowiek, już bez świadomości, powoli umiera. Jakże się mylę próbując rozważać przypadki polskie z pozycji logiki i nie widząc tu pola dla prężnego działania polskiej dyplomacji. Otóż, rodzina. Zdarzyło mi się kiedyś przeczytać, że mąż to nie rodzina, mowa więc, jak się możecie domyślać, o rodzinie tzw. prawdziwej. Matka i siostra przebywające w Polsce, podobnie siostra i siostrzenica na emigracji są przeciwne, stąd dyplomacja z kraju, w którym szpitale potrafią zamorzyć człowieka nie podłączając go do kroplówki, ruszyła na ratunek. 

Jeśli jakiś temat mnie porusza, wybieram się myślami do sytuacji, które znam. Myślę o naszych przyjaciołach. Widzę Oną, która sprowadziła starszą siostrę na Wyspy, żeby ta mogła ją natychmiast znienawidzić i od czasu do czasu nachodzić z gorzkimi żalami. O nas, o mnie i Kraciastym, o rydzykowej teściowej, o różnych przypadkach tzw. opieki nad osobami, które chwilowo lub trwale nie mogły stanowić o sobie, o obłudzie pospolitej i przypadkach bardziej wyrafinowanych. Zastanawia mnie dlaczego małżeństwo po wielokroć bywa nie traktowane jako akt najwyższego zaufania, w który z zewnątrz warto uwierzyć. Czy człowiek, którego sobie wybieramy nie stanowi powiernika i wykonawcy naszej woli? Do kogo więc należymy, gdy nie możemy już nic? Do plemienia? Jak można uciec z plemienia? Znam przypadki, gdy nawet śmierć od plemienia nie uwolniła. 

środa, stycznia 13, 2021

Trochę o błonach (historycznie) i tym, że najważniejsza jest rodzina

Piszę do Was z otchłani lockdownu. Ziew. Nie wiem, czy jesteśmy jeszcze na górce, chyba schodzimy, za kilka dni zapewne wzrośnie liczba śmierci, w każdym razie plan szczepień nie jest tak spektakularny, gdy sobię uświadomię, że jest nas w Republice z 5 milionów. Sporo, zanim sprawdziłam sądziłam, że cztery. Szkoły pozostają zamknięte, podczas gdy do tej pory ich otwarcie było priorytetem.

Irlandia żyje nie tylko lockdownem. Światło dzienne ujrzał właśnie raport z 5-letniego dochodzenia na temat funkcjonowania na terenie Republiki tzw. Mother and Baby Homes, które istniały w kraju pomiędzy latami 1922-98. Teoretycznie zajebiście, samotne kobiety w ciąży miały przystań, cnie? Nowo powstały kraj był siedliskiem biedy i kołtuństwa, opieka nad ciężarnymi była na pewno niezbędna ... Tia, w raporcie jest też Tuam — Dom w Tuam prowadzony przez Siostry Miłosierdzia i masowe nieopisane groby (znaczy wyrzucone na śmietnik ścierwa) dzieci od niemowlęctwa do lat trzech — nie wiem, czy Wam to coś mówi. Śmiertelność dzieci w tych domach była wysoka, w zasadzie z raportu wynika, że wylądowanie niezamężnej matki w domu matki i dziecka do lat 60-tych oznaczało poważne zagrożenie dla zdrowia i życia. Już lepiej było zwiać na torfowiska. Przewiną matek było, że nie zachowały błony między nogami do najświętszego sakramentu. Kwiatuszka nie zachowały, nie szanowały się, ya know. Dlatego państwo irlandzkie im pomagało. Gdyż bardzo martwiło je brak błon. Wiele z tych ośrodków było prowadzonych przez domy zakonne, przez te lepsze kobiety, z wyglancowanymi błonami. Dzieci nie tylko w takich ośrodkach umierały, ale były też przedmiotem przemocy fizycznej, psychicznej, eksperymentów i handlu (nielegalnych adopcji — o tym wątku opowiada np. "Tajemnica Filomeny"). Oczywiście KrK (oraz kościół protestancki, wcale nie lepszy) nie był w tym sam, państwo siedziało po uszy w procederze, rodziny samotnych matek były często jak przeniesione z ciemnogrodu, wyposażone w wodę święconą magicznymi znakami odpędzały złe duchy (część ciąż to efekt zerowej edukacji, alkoholizmu, gwałtu, którego nie rozpoznawano jako gwałt ze względu na wspomnianą zerową edukację). 

Czasy się zmieniły, teraz duchowni wraz z zaangażowanymi wiernymi, omadlają każą blastulę twierdząc, że zyg zyg wymazujemy i tylko buciki zawieszane przy wejściach do kościołów przypominają o tym, co było. W związku z raportem premier zapewne będzie przepraszał irlandzkie rodziny w imieniu Republiki. Wiele dzieci z tych ośrodków mówi teraz: a pocałuj się w nos. Tym obecnie żyje Irlandia.

A nawiązując jeszcze do rodziny, ciemnogrodu i roli państwa w oświeceniu społeczeństwa, w USA stracono Lisę Montgomery, chociaż kilka dni temu wydawało się, że kara śmierci zostanie jej zamieniona na dożywocie. 16 lat temu Montgomery zabiła dziewczynę w ciąży (stan Missouri), żeby sobie przywłaszczyć jej dziecko. Dziennikarze piszą  "straszna zbrodnia" sugerując tym, że są też zbrodnie niestraszne. Zbrodnia. W każdym razie Lisa Montgomery miała różne psychiczne problemy, których prawdopodobnie dałoby się uniknąć. Prawdopodobnie, bo takie szczęście miała jej przyrodnia, starsza siostra, którą na czas (rok 1969) umieszczono w rodzinie zastępczej. Ale Lisa została z mamusią. Jest specjalna, głęboka więź z mamusią, prawda?  No i co, że mamusia mieszka w przyczepie, przecież jak powie, że kocha, to kocha, cnie? Przypadki, gdy instytucje państwowe mają wszelkie środki, aby ocalić dziecko przed przemocą ze strony bliskich, ale nic nie robią, bo nie ma klimatu, doprowadzają mnie do rozpaczy. To jak cofać się przed ocaleniem czyjegoś świata. Zabierać dzieci do rodzin zastępczych, czy nie? I dlaczego nie, na bogów?

czwartek, grudnia 03, 2020

Ich troje

Jeśli:

▶ partner/przyjaciel używa jakiejś trzeciej osoby, żeby zaburzyć równowagę w Waszym związku i przesunąć moc na swoją stronę, np. niechcący przyrównuje Ciebie do byłego partnera, albo do innego przyjaciela, który czasami wydaje się być (oczywiście "zupełnie przez przypadek") fajniejszy niż Ty (zupełnie nie wiesz jak i kiedy tworzysz w związku z tym plan "naprawczy" — nowa fryzura i styl ubioru, nowe zainteresowania, "właściwe" znajomości),

▶ partner/przyjaciel często w rozmowach przywołuje trzecią osobę, która ma rzekomo bardzo źle się o Tobie wyrażać (to podsyca Twój gniew i zbliża do partnera — w końcu macie o czym godzinami rozmawiać) lub z detalami opowiada, co trzecia osoba o Tobie myśli (pozytywnego lub negatywnego), nawet, gdy ledwo się znacie, albo rzadko się spotykacie,

▶ wśród rodzeństwa Twój rodzic ma wybranka, który zawsze robi wszystko dobrze w porównaniu z Tobą lub takiego, który zawsze robi wszystko źle w porównaniu z Tobą (btw, jeśli jesteś tym pozytywnym i tak nie wygrałeś, może już wiesz dlaczego),

▶ masz poczucie ważności, bo rodzic właśnie wydelegował Ciebie zdaniem "powiedz tacie, żeby nie pił", albo, nawet, gdy masz już 50 lat, "powiedz siostrze, żeby się mną lepiej opiekowała", w efekcie jesteś ekspertem od rozwiązywania konfliktów w tej rodzinie (tylko dlaczego czujesz się tak podle?),

▶ stałeś się powiernikiem któregoś z rodziców i możecie sobie godzinami rozmawiać o tym, jakim idiotą jest drugi rodzic (w tej sytuacji trudniej jest obiektywnie ocenić, jaki faktycznie jest drugi rodzic, ponieważ kontakty z nim bazują na uprzedzeniu),

masz lub miałeś/aś najprawdopodobniej do czynienia z TRIANGULACJĄ, taktyką manipulacyjną, w której osoba zamiast komunikatu bezpośredniego wplątuje w relację osobę trzecią. Sporadycznie pewnie każdemu z nas zdarzyło się tej taktyki użyć, intencjonalnie lub nieintencjonalnie, jej nadużywanie jest czasami połączone z narcystycznym zaburzeniem osobowości. Jej celem jest kontrolowanie bliskości innych osób między sobą (narcyz używa jej do skłócania dwóch osób, aby w efekcie to on był postacią najważniejszą) i rozładowanie napięcia w sytuacji konfliktowej (stąd delegowanie dzieci, btw. w rodzinach triangulacja to koalicja międzypokoleniowa — np. ojciec i córka przeciwko matce, matka i córka przeciwko drugiej córce). 

Oto słowo na czwartek. Bierzcie z tego wszyscy.

środa, lutego 12, 2020

In a cup of ...



czarnej kawy i herbaty wiśniowej.
Miejsce: mieszkanie teściów.
Czas: sobota.

I w związku z tym refleksje różne ...
Czy np. w rodzinie mogą współistnieć różne światopoglądy bez wzajemnego wchodzenia sobie na głowę? Chciałabym móc powiedzieć, że tak, ale w sprawach rodzinnych nie lubię koloryzować. Dość jest tych głupot nieprzepracowanych w wielu innych miejscach. Odległość bywa błogosławieństwem.

piątek, grudnia 06, 2019

In a cup of ...



ukrainian black tea with lemon.
Location: friend's house in Newry, Co. Down, Northern Ireland.
Time: late morning, yesterday.

Z wizytą u ukraińskiej polonistki. Dzień był niesamowicie mglisty i pochmurny. Gdy jedziemy w tamtym kierunku zawsze zachwyca mnie bliskość chmur — widocznie wspinamy się niepostrzeżenie i niebo jest nagle tuż tuż, chmury zaczepiają mijane pagórki, czasami pochłaniają je całe, razem z rozrzuconymi po nich domami.

***
Jutro Kraciasty będzie w Polsce, ja lecę w niedzielę wieczorem — zaledwie kilka dni, żeby pobyć z bliskimi i zrobić update bieżących spraw. Cieszę się na pogawędki z rodzicami, przytulenie babci i potarmoszenie za uszy domowych sierściuchów. Poznam osobiście najnowszy dodatek do rodziny: kudłatego Maksia. Jeszcze nie wiem, czego oczekuję od fryzjerki, za to na pewno wyrobię nowy dowód, oprawię parę zdjęć ślubnych i spotkam się na kawie z przyjaciółkami. Wszystko to spróbuję upchnąć w jeden dzień, żeby przez następne trzy zwyczajnie pobyć. Jakie macie plany na tolejny tydzień? Krampus już do Was przyszedł? 😋

niedziela, lutego 24, 2019

Mój chłopak-zboczeniec



Kupuje książki i legalne płyty, nawet, gdy nie ma ich gdzie upchnąć w walizce.
W celach edukacyjnych wieczorem puszcza mi punka i inną rockową klasykę.
Chodzi ze mną po muzeach w glanach,
na dodatek w te glany wpuszcza spodnie z kantem, które sam sobie prasuje.
I w góry też ze mną chodzi, chociaż mógłby użyć argumentu metalowej rurki w kręgosłupie.
Kiedy jestem zmęczona po pracy, w niebieskim fartuszku gotuje mi obiady.
Ma czapkę-uszankę, której uszami powiewa, gdy podskakuje,
- a to jest nieuniknione, skoro trzymając się za ręce nucimy "Zaczarowany ołówek"-
oraz szelki na każdą okazję.
I macha do mnie energicznie nakryciem głowy, gdy odjeżdżam od niego komunikacją miejską
(co teraz, na szczęście, nie za często następuje), żeby wszyscy pasażerowie wiedzieli, że jest mój.
Nie boją się go dzieci i zwierzęta,
i on też nikogo się nie boi, ani pana, który podaje chemię,
ani swojej mamy.
Jest dorosły, i płacze, gdy jest mu smutno, a śmieje się, gdy jest wesoły.
Więc nie śmieje się już z własnej, przeszłej głupoty, bo głupota to smutek.
Pisze wiersze i długie teksty - zna dużo słów i rozumie ich znaczenie,
a kiedy zrobię mu kawę lub herbatę, siedzimy przy stole i on te długie zdania wypowiada.
Tylko czasami są to zdania o kociej kuwecie i narzucie na tapczan,
częściej o polityce, psychologii, wielkich ideach ...
i jeszcze, na szafie ma przylepione gitarowe akordy,
i wiele rzeczy go wzrusza, i wtedy widać, że jest wzruszony
(wcale tego nie ukrywa - już Ci napisałam, że nikogo się nie boi).
Mój chłopak-zboczeniec.

poniedziałek, kwietnia 16, 2018

O ateizmie

Nadal jestem typem fascynatki. Nie zmieniło się to od czasu, gdy byłam małą dziewczynką, z tą różnicą, że wówczas łatwiej przemawiały do mnie rzeczy błyszczące i głośne. Pamiętam jak wierzyłam babci, że w wieczór wigilijny do domu może przyjść Gwiazdor i żądałam starannego zaryglowania drzwi. Przynajmniej raz zafascynowało mnie tabernakulum, i stojąc na paluszkach na babcinych kolanach chciałam z ostatnich rzędów dostrzec to bajkowe Coś, co tam mieszkało i ukazywało się w trakcie bum tararara pomiędzy śpiewami i klękaniami. Przeszkadzały mi w tym głowy obleczone w kwietne chustki i, bardzo nowoczesne wówczas, moherowe berety. Zapach kościoła łączył się z zapachem chłodu, kadzidła i naftaliny. Zapach świątyń lubię do dzisiaj. Zajmowałam miejsce w przedostatniej ławce pomiędzy samymi starszymi paniami i dość długo, dzięki sąsiadce siedzącej z przodu, sądziłam, że formułka w litanii brzmi "muć się za nami". Sąsiadka zmarła w zeszłym roku.

Do komunii podeszłam, do bierzmowania również. Za pierwszym razem miałam ładną sukienkę uszytą przez mamę — wyglądałam jak panna młoda. Za drugim razem świadkiem była sąsiadka, która lubi zwierzęta. Wtedy już uciekałam z religii uważając te posiedzenia za stratę czasu (nie dowiadywałam się niczego interesującego, a gdzieś w wieku 12-13 lat księżowskie ględzenia zaczęły mi uwierać. Za dużo w tych historiach było ... Już wtedy byłam na tyle rozgarnięta, żeby wiedzieć, że nie jest takie proste). Obecna, nie dyskutowałam, majtałam nogami pod stołem, bo zawsze byłam grzecznym dzieckiem. Bycie dobrym dzieckiem przychodziło mi łatwo. Wystarczy się uśmiechać, nie przeszkadzać i zajmować się w głowie swoimi własnymi sprawami. Dorośli się wtedy odprężają, wydaje im się, że kupujemy to, co mówią. Myślę, że wielu wierzących rodziców ma bardzo grzeczne dzieci. Byłam dobrym dzieckiem niezinternalizowanym. Dodam, że ksiądz numer jeden wydawał mi się miłym człowiekiem, zresztą uważam tak do dzisiaj.