Pride w Budapeszcie, wbrew Orbánowi.
Cieszę się, że to piękne miasto ma progresywnego burmistrza, Karácsony Gergely.
Dobry przykład.
Wyrażać swoje poglądy pod ostrzałem jest i trudniej i łatwiej.
Trudniej, bo możliwe są negatywne konsekwencje.
Łatwiej, bo jest silniejsza motywacja.
W czasie, gdy demokracja działa jak należy, wiele rzeczy uznajemy za oczywiste. Prawo wyborcze kobiet. Prawo reprodukcyjne. Prawo do rozwodu. Prawo do opieki ze strony państwa. A przecież są to umowy zależne od politycznej atmosfery i stanu demokracji.
W Irlandii emerytury pojawiły się przed powstaniem Republiki, w roku 1908*.
Kobiety mogą głosować dopiero od 1937 roku.
Kobiety mogą pracować w sektorze publicznym będąc mężatkami dopiero od roku 1973.
Dekryminalizacja homoseksualizmu — rok 1993.
Prawo do rozwodu — legalizacja po referendum'95 (technicznie, dopiero w roku 1997).
Uznanie małżeństw jednopłciowych — rok 2015.
Za każdym z tych punktów stoją działacze, którym zależało. To nie społeczeństwo jako całość pracowicie umacniało swój status prawny, ale garstka, której chciało się w jego imieniu wypowiadać, protestować, lobbować, narażać na krytykę i nieprzyjemności w życiu prywatnym, pchać koła historii do przodu — to garstka wpłynęła pozytywnie na dobrostan wszystkich, nawet tych, którzy oficjalnie się z nią nie zgadzali. Czyż nie jest miło mieć dzisiaj emeryturę albo prawo do tego i owego? Zanim to nastąpiło, ktoś musiał być odważny.
* podobno pierwszy taki współczesny system zapomóg dla osób starszych to wynalazek Niemców za pana Bismarcka.



