Napotkałam ostatnio przyczynek do ciekawej dyskusji, która się nie odbyła: czy popieram, czy nie popieram eutanazję. Wymieszano w nim przekonania związane z eutanazją ludzi i innych zwierząt, co skłoniło mnie do paru refleksji na temat mojego własnego stanowiska.
Ludzie i inne zwierzęta a eutanazja ... pojęcie niby to samo, jednak w praktyce potykamy się o szczegóły. Eutanazja u ludzi to (wg najpopularniejszej obecnie definicji) pozbawienie kogoś życia na jego własne życzenie lub życzenie najbliższej rodziny (by proxy); związane jest z nią subiektywne przekonanie osoby pragnącej zakończyć swoje życie, że cierpienie, którego doznaje, jest nieznośne i nieusuwalne. Nawet jeśli nie byliśmy w takiej sytuacji (osoby cierpiącej, a nie pełnego entuzjazmu obserwatora), nie mamy za bardzo podstaw by z tego typu przekonaniami dyskutować (lekarze w krajach, gdzie eutanazja jest dopuszczalna, są zobowiązani do pokazania perspektyw, ale chodzi mi raczej o negowanie typu "nie cierpisz tak bardzo, są tacy co cierpią bardziej").
Pozbawianie życia zwierząt (innych niż ludzie) z powodów zdrowotnych technicznie przypomina eutanazję by proxy, tzn. uśmiercenie na życzenie najbliższych, działających w najlepszym interesie zwierzęca. W praktyce "najlepszy interes zwierzęcia" bywa mocno naciągany (bo leczenie jest za drogie, bo trzeba się opiekować i nie ma kto, bo schronisko jest przepełnione) i jest to akceptowane społecznie.
W dyskusjach o eutanazji mieszają się te dwa zjawiska (uśmiercania na życzenie i by proxy, w tym życzenie przez pełnomocnika, który jedynie zgaduje, co jest dla kogoś dobre), dodatkowo, często nieświadomie, podkoloryzowuje się je wątkiem ortotanazji (zaprzestanie uporczywej terapii), która w Polsce przekształcona w szczególny sposób (opóźnianie leczenia, preferencje dla osób młodszych), jest nadużywana w stosunku do ludzi starszych (powody są niemal identyczne, jak z eutanazją u zwierząt: bo leczenie jest za drogie, bo trzeba się opiekować i nie ma kto, bo schronisko szpital jest przepełniony). Poza tym, dochodzimy do króliczej nory dylematu, czym jest wolna, samodzielna decyzja.
Jeśli chodzi o mój pogląd: uważam, że każdy człowiek ma prawo do decydowania o sobie, o swoim życiu i śmierci, nawet, jeśli te decyzje nie do końca mi się podobają, albo nie są zgodne z moim systemem wartości. Brzydzą mnie cwaniackie formy nacisku mające wymusić na innych przyznanie, że czują coś innego, niż faktycznie czują. Stąd ortotanazja w wydaniu à la polonaise brzydzi mnie na równi z odmawianiem ludziom zdesperowanym uznania ich cierpienia za ważne i wiążące.
Uważam jednocześnie, że każde zwierzę powinno mieć daną szansę, jeśli tylko wykazuje wolę życia. Od zwierząt innych niż ludzie nie dowiemy się, czy chcą dalej żyć, możemy jedynie ostrożnie oceniać ich wolę życia, z pełnym szacunkiem dla faktu cierpienia. Obserwuję działanie kilku fundacji pro zwierzęcych, które nakładem dużych środków ratują przedstawicieli różnych gatunków z sytuacji, wydawałoby się, bez wyjścia. Zawsze przy takiej okazji w social mediach znajdzie się komentator, który będzie narzekał, że koń ma złamaną nogę, to po co go męczyć, że za taką dużą sumę ratującą starego, ślepego kota można by pomóc dziesiątkom mniej chorych zwierząt, albo nawet lepiej, dzieci w Afryce czekają. Do piekła.