Są takie dni, kiedy ubieram się w dres i wychodzę, to niektórzy sąsiedzi po prostu śmieją się ze mnie i mówią – znowu ty idziesz biegać, po co, co ty z tego masz, lepiej byś zajął się robotą, ale jaką robotą? O co im chodzi, czy są zazdrośni, że nie mogą też iść pobiegać, proszę bardzo, niech też idą, nikt nikomu nie zabrania. Czasami zastanawiam się, co w tym jest złego, że ja biegam, dlaczego się śmieją. Mam takiego sąsiada, co prawie codziennie przychodzi do domu pijany, ma żonę i dzieci, ale nikt się z niego nie śmieje, czy to znaczy, że on robi dobrze, czy ja mam również przychodzić do domu pijany, żeby sąsiedzi powiedzieli, ten teraz robi dobrze.— Mariusz Szczygieł, "Niedziela, która zdarzyła się w środę", str. 24, Czarne, 2017.
Powyższy cytat z mojej obecnej wieczornej czytanki (którą serdecznie polecam starszym, rówieśnikom oraz młodszym), cofnął mnie do Polski lat 90-tych, a może nawet nie tak daleko, bo rozważania, czy wypada chodzić z kijkami, albo spacerować z psem pamiętam jeszcze sprzed lat nastu i nie zaręczę, że nie są one faktem na obecnej polskiej wsi. Z wiekiem coraz bardziej ignorowałam zjawiska zaprzeczające mojej podmiotowości, potem wyjechałam na inną wieś, taką po której biega się i spaceruje z psem, może więc nie mam adekwatnego oglądu. Czyli mamy temat nr 1.
Temat nr 2. Rano inną miałam czytankę, krótką, ale też skłaniającą do kilku przemyśleń. Przeczytałam poranny tekst Berii o raku (nie mam Twittera, którego nową nazwę też ignoruję, posiłkowałam się przedrukowaniami z innych mediów). Ani przez chwilę nie miałam potrzeby wątpienia w chorobę Berii, moje myśli tylko na moment zatrzymały się na kuriozalnym wyznaniu ego-budującym jak to "nie mógł tak od razu rzucić wszystkiego" (jakbym panie nauczycielki czytała, które łudzą się, że są niezastąpione) oraz na dziwnie dobrze odżywionym wyglądzie pacjenta w trakcie leczenia onkologicznego (co sugeruje, że nie jest to zdjęcie aktualne). Co innego mnie dotknęło, poraziło, zawróciło do polskiej rzeczywistości. Otóż Beria najpierw odebrał wyniki swoich badań histopatologicznych, potem wygooglał sobie chorobę, a dopiero potem (przerywnikiem jest socrealistyczny opis myśli wzniosłych o sprawach najważniejszych) poszedł na konsultację lekarską. W ten ciąg wydarzeń wplótł się element zapewne zdumiewający większość Polaków, ponieważ konsultacja odbyła się tego samego dnia. Dla mas to zupełne s-f, ale nie o to chodzi. Człowiek dostał wyniki badań i został z nimi sam, żeby sobie mógł googlać.
Słodki jeżu kolczasty, dziękuję Ci, że mój mąż, gdy nie był jeszcze moim mężem, wyjechał z tego (k)raju. Gdyby w nim został, najpierw dostałby wyniki i zostałby z nimi sam. Potem może jakieś konsultacje i normalne tempo refleksji nad guzem, już nie ministerialne.
Prawdopodobnie nigdy byśmy się nie spotkali.