Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiersz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiersz. Pokaż wszystkie posty

czwartek, lutego 13, 2025

O cieszeniu się na zapas

— Józef Baran, z tomu "W wieku odlotowym", 2020 (zdjęcie z sieci).

poniedziałek, stycznia 27, 2025

Wiersze na tę porę :)

Brodzę przez biografię Herberta, która przynajmniej do strony siedemsetnej składa się z rozmazanych, chaotycznie wypisanych niewydarzeń, synchronicznie czytając antologię jego tomików poezji. Ze "Smugi światła" ten wiersz jest najlepszy:

Stołek

W końcu nie można ukryć tej miłości 
mały czworonóg na dębowych nogach
o skórze szorstkiej i chłodnej nad podziw
przedmiot codzienny bez oczu lecz z twarzą
na której zmarszczki słojów sąd dojrzały znaczą
szary osiołek najcierpliwszy z osłów
sierść mu wypadła od zbyt długich postów
i tylko kępkę szczeciny drewnianej
czuję pod ręką gdy go gładzę rano

 wiesz mój kochany byli szarlatani
którzy mówili: kłamie ręka kłamie
oko kiedy dotyka kształtów co są pustką -

to byli ludzie źli zawistni rzeczom
świat chcieli złowić na wędkę zaprzeczeń

jak ci wyrazić moją wdzięczność podziw
przychodzisz zawsze na wołanie oczu
nieruchomością wielką tłumacząc na migi
biednemu rozumowi: jesteśmy prawdziwi 

na koniec wierność rzeczy otwiera nam oczy


— Zbigniew Herbert, 1956.

Od razu przywiódł mi na myśl inny wiersz, kogoś innego, niby o czymś innym. Ale jednak ...

Wild Geese

You do not have to be good.
You do not have to walk on your knees
for a hundred miles through the desert repenting.
You only have to let the soft animal of your body
love what it loves.
Tell me about despair, yours, and I will tell you mine.
Meanwhile the world goes on.
Meanwhile the sun and the clear pebbles of the rain
are moving across the landscapes,
over the prairies and the deep trees,
the mountains and the rivers.
Meanwhile the wild geese, high in the clean blue air,
are heading home again.
Whoever you are, no matter how lonely,
the world offers itself to your imagination,
calls to you like the wild geese, harsh and exciting—
over and over announcing your place
in the family of things.

— Mary Oliver, 1984.

niedziela, grudnia 15, 2024

Stopping by Woods on a Snowy Evening

Whose woods these are I think I know.
His house is in the village though;
He will not see me stopping here
To watch his woods fill up with snow.

My little horse must think it queer
To stop without a farmhouse near
Between the woods and frozen lake
The darkest evening of the year.

He gives his harness bells a shake
To ask if there is some mistake.
The only other sound’s the sweep
Of easy wind and downy flake.

The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep,
And miles to go before I sleep.

— Robert Frost, 1902.

                            Myślę, że wiem, czyje to lasy.
                            On ze wsi mnie nie dojrzy; czasem
                            Przystaję tutaj, aby w oku
                            Utrwalić leśne śnieżne zaspy.

                            Mój koń zdziwiony patrzy z boku:
                            Przystawać, gdy farm nie ma wokół,
                            Tuż przy jeziora zmarzłej toni,
                            W lesie, w noc najciemniejszą roku?

                            Dzwonkiem uprzęży lekko dzwoni,
                            Pytając, czy pamiętam o nim.
                            Prócz tego dźwięku tylko jasne,
                            Puszyste płatki wietrzyk goni.

                            W lasach głęboka, piękną zima,
                            Lecz ja obietnic mam dotrzymać
                            I wiele mil przejść, zanim zasnę,
                            I wiele mil przejść, zanim zasnę.

                            — tłum. Ludmiła Mariańska.

piątek, września 13, 2024

Herbsttag

Herr: es ist Zeit. Der Sommer war sehr groß.
Leg deinen Schatten auf die Sonnenuhren,
und auf den Fluren laß die Winde los.

Befiel den letzten Früchten voll zu sein;
gib ihnen noch zwei südlichere Tage,
dränge sie zur Vollendung hin und jage
die letzte Süße in den schweren Wein.

Wer jetzt kein Haus hat, baut sich keines mehr.
Wer jetzt allein ist, wird Es lange bleiben,
wird wachen, lesen, lange Briefe schreiben
und wird in den Alleen hin und her
unruhig wandern, wenn die Blätter treiben.


— Reiner Maria Rilke, 1922.

                            Panie: już czas. Tak długo lato trwało.
                            Rzuć na zegary słoneczne twój cień
                            i rozpuść wiatry na niwę dojrzałą.

                            Każ się napełnić ostatnim owocom;
                            niech je dwa jeszcze ciepłe dni opłyną,
                            znaglij je do spełnienia i wypędź z mocą
                            ostatnią słodycz w ciężkie wino.

                            Kto teraz nie ma domu, nigdy mieć nie będzie.
                            Kto teraz sam jest, długo pozostanie sam
                            i będzie czuwał, czytał, długie listy będzie
                            pisał i niespokojnie tu i tam
                            błądził w alejach, gdy wiatr liście pędzi.

                            — tłum. Mieczysława Jastruna

poniedziałek, marca 18, 2024

Brodsky, Pszczoły nie odleciały

Pszczoły nie odleciały, jeździec nie skoczył. 
W kawiarni „Janikulum" ferajna plotkuje jak dawniej.
Lód w szklance pozwala dwukrotnie będąc w stanie topnienia
wejść do tej samej wody, choć nie ugasi pragnienia.

Tyle lat przeszło. Wojny wybuchały i gasły na świecie,
rodziny się rozpadały, gęby migały w gazecie,
spadały samoloty. Spiker krzyczał „O Boże".
Bieliznę wypierzesz, ale skóry prasować nie możesz

nawet gorącą dłonią. Ponad zimowym Rzymem
słońce prowadzi walkę wręcz z ciemnoszarym dymem.
Pachną palone liście, fontanna w słońcu błyska,
jak medal za niepotrzebny nikomu armatni wystrzał.

Rzeczy tężeją, aby w pamięci ich nie przemieścić,
lecz w perspektywie trudniej zaistnieć, niż zginąć bez wieści
w niej, co z miasta uchodzi, w lata zmienia się potem,
w pogoni za czystym czasem bez szczęścia i terakoty.

Życie bez nas, Kochana, możliwe jest, toteż miasta
istnieją: bar, wzgórza i kłębiasta
chmura na czystym niebie, nad polem gdzie walka trwała,
gdzie powstał pomnik sławiąc zwycięstwo budowy ciała.

— Josif Brodsky, Иосиф Александрович Бродский, (tłum. Stanisław Barańczak).


A dlaczego teraz skojarzył mi się ten wiersz z wczorajszymi wyborami w Rosji o których nic nie czytałam, bo nie było takiej potrzeby, tego nie wiem.

poniedziałek, maja 22, 2023

Ginczanka, Non omnis moriar

Non omnis moriar — moje dumne włości,
Łąki moich obrusów, twierdze szaf niezłomnych,
Prześcieradła rozległe, drogocenna pościel
I suknie, jasne suknie pozostaną po mnie.
Nie zostawiłam tutaj żadnego dziedzica,
Niech więc rzeczy żydowskie twoja dłoń wyszpera,
Chominowo*, lwowianko, dzielna żono szpicla,
Donosicielko chyża, matko folksdojczera.
Tobie, twoim niech służą, bo po cóż by obcym.
Bliscy moi — nie lutnia to, nie puste imię.
Pamiętam o was, wyście, kiedy szli szupowcy,
Też pamiętali o mnie. Przypomnieli i mnie.
Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze
I zapiją mój pogrzeb i własne bogactwo:
Kilimy i makaty, półmiski, lichtarze —
Niechaj piją noc całą, a o świcie brzasku
Niech zaczną szukać cennych kamieni i złota
W kanapach, materacach, kołdrach i dywanach.
O, jak będzie się palić w ręku im robota,
Kłęby włosia końskiego i morskiego siana,
Chmury prutych poduszek i obłoki pierzyn
Do rąk im przylgną, w skrzydła zmienią ręce obie;
To krew moja pakuły z puchem zlepi świeżym
I uskrzydlonych nagle w aniołów przerobi.

— Zuzanna Ginczanka, 1942.

Film ocenia się po jego obejrzeniu, więc nie oceniam filmu, może i nic nie być wart. 

* Zofia Chominowa, właścicielka kamienicy we Lwowie przy ulicy Jabłonnej 8a, która wydała policji prewencyjnej ukrywającą się poetkę.

poniedziałek, czerwca 06, 2022

Staszewski, Zastanówcie się sami

Zastanówcie się sami
czemu w domu, nocami
tylu ludzi się budzi
i wam też chce się wyć.
Na obiedzie u cioci 
wylewacie kompocik,
i płaczecie w klozecie
jak by hańbę tę zmyć.

To z lat dawnych w was gości 
superata młodości,
głupstwa, lęki i męki,
których z serca nie wygnał czas.
Czasem męczy myśl taka:
zabić w sobie szczeniaka,
lecz mknie czas, a jak drzazga
to szaleństwo tkwi w nas.

Ty też wiesz, co to znaczy,
czy za szybko czas gna,
czy za powoli, to boli 
i się kończy na łzach.
Będziesz tęsknić do krzyku 
za ptakami tropików,
a tu noc i znajomi, 
i deszcz stuka o dach.

Tylko czasem wśród mroku
straszy i krąży wokół
zamyślony marabut
w lepkich błotach błądzący ptak.
Lecz dzień lęki wymiecie,
więc spokojnie możecie
drzwiami trzasnąć i zasnąć,
gdy „dobranoc" powiemy wam.

Taka piosenkan o weltschmerzu bawi mnie dziś rano.

piątek, października 09, 2020

Nobel dla Glück. The Red Poppy

W zeszłym roku tak byłam podekscytowana zaległym Noblem dla Tokarczuk za rok 2018,
że nie odnotowałam wygranej na rok 2019, (kontrowerysjnego podobno) Petera Handkego.
Nadrabiam za to wczorajszego Nobla dla Louise Glück.
Łatwe to i niełatwe. 

***
The great thing
is not having
a mind. Feelings:
oh, I have those; they
govern me. I have
a lord in heaven
called the sun, and open
for him, showing him
the fire of my own heart, fire
like his presence.
What could such glory be
if not a heart? Oh my brothers and sisters,
were you like me once, long ago,
before you were human? Did you
permit yourselves
to open once, who would never
open again? Because in truth
I am speaking now
the way you do. I speak
because I am shattered.


— z tomu "The Wild Iris", 1992.

poniedziałek, września 21, 2020

In a cup of ...

Twinings cherry & cinnamon.
Location: the Fair Head cliffs, Co. Antrim, Northern Ireland.
Time: Saturday afternoon on a trail.

Ponownie poniedziałek, ponownie tworzyć się będzie tekst o sobocie, powoli, bo trudno się przebić przez bogactwo zdjęć. Stoimy na słonecznym klifie w Północnej, w tle Kraciasty, a za nim widok na wyspę Rathlin.

***
Moje zarzuty do interfejsu nie są z rodzaju "chcę żeby nic się nie zmieniało", raczej z poczucia, że prace odbywają się bez pomyślunku. Przez tydzień-dwa dobrze, bardzo intuicyjnie, wklejało mi się i formatowało zdjęcia na blogu, ale po tygodniu sposób zmieniono jeszcze raz, z intuicyjnego na bardziej fiu bździu. Muszę i umiem to kompensować użyciem htmla, ale nie chce mi się odkrywać intencji programisty z początkiem każdego tygodnia. Mam wiersz na tę okazję, na wiele różnych okazji. Wczoraj wyrecytowała nam go Alice, nauczycielka jogi yin podczas nidry (tak, Świechna zaczęła chodzić na jogę, robi to w niedzielna południa — w tle tej wiadomości zespół Kury śpiewa piosenkę "Szatan, szatan"), gdy zakutana w kocyk się relaksowałam po rozciąganiu. Autorką "She let go" jest Safire Rose, kobieta od coachingu, uzdrawiania i takich tam, którą pewnie wcale nie tak nazwano po urodzeniu. Tekst wydaje mi się cheesy, ale (czasem) dobrze brzmi wypowiedziany na głos.

She let go.
She let go. Without a thought or a word, she let go.
She let go of the fear.
She let go of the judgments.
She let go of the confluence of opinions swarming around her head.
She let go of the committee of indecision within her.
She let go of all the ‘right’ reasons.
Wholly and completely, without hesitation or worry, she just let go.
She didn’t ask anyone for advice.
She didn’t read a book on how to let go.
She didn’t search the scriptures.
She just let go.
She let go of all of the memories that held her back.
She let go of all of the anxiety that kept her from moving forward.
She let go of the planning and all of the calculations about how to do it just right.
She didn’t promise to let go.
She didn’t journal about it.
She didn’t write the projected date in her Day-Timer.
She made no public announcement and put no ad in the paper.
She didn’t check the weather report or read her daily horoscope.
She just let go.
She didn’t analyze whether she should let go.
She didn’t call her friends to discuss the matter.
She didn’t do a five-step Spiritual Mind Treatment.
She didn’t call the prayer line.
She didn’t utter one word.
She just let go.
No one was around when it happened.
There was no applause or congratulations.
No one thanked her or praised her.
No one noticed a thing.
Like a leaf falling from a tree, she just let go.
There was no effort.
There was no struggle.
It wasn’t good and it wasn’t bad.
It was what it was, and it is just that.
In the space of letting go, she let it all be.
A small smile came over her face.
A light breeze blew through her.
And the sun and the moon shone forevermore…

wtorek, kwietnia 07, 2020

Białoszewski, Ballada o zejściu do sklepu

Najpierw zeszedłem na ulicę
schodami, 
ach, wyobraźcie sobie, 
schodami. 

Potem znajomi nieznajomych 
mnie mijali, a ja ich. 
Żałujcie, 
żeście nie widzieli, 
jak ludzie chodzą, 
żałujcie! 

Wstąpiłem do zupełnego sklepu; 
paliły się lampy ze szkła, 
widziałem kogoś – kto usiadł, 
i co słyszałem?… co słyszałem? 
szum toreb i ludzkie mówienie. 

No naprawdę 
      naprawdę 
wróciłem. 

— z tomu "Obroty rzeczy", 1956.

Może jest to sympatia przedwczesna i pochopna, ale obserwując Borisa Johnsona na twiterze przez kilka ostatnich dni, doszłam do wniosku, że do tego patafiana Trumpa sporo mu jednak brakuje. Mam nadzieję, że się chłop wygrzebie. Zerknijcie tej nocy na księżyc. Jest piękny.

wtorek, stycznia 15, 2019

Szymborska, Nienawiść

Spójrzcie, jak wciąż sprawna, 
Jak dobrze się trzyma 
w naszym stuleciu nienawiść. 
Jak lekko bierze wysokie przeszkody. 
Jakie to łatwe dla niej - skoczyć, dopaść. 

Nie jest jak inne uczucia. 
Starsza i młodsza od nich równocześnie. 
Sama rodzi przyczyny, które ją budzą do życia. 
Jeśli zasypia, to nigdy snem wiecznym. 

Religia nie religia - 
byle przyklęknąć na starcie. 
Ojczyzna nie ojczyzna - 
byle się zerwać do biegu. 
Niezła i sprawiedliwość na początek. 
Potem już pędzi sama. 
Nienawiść. Nienawiść. 
Twarz jej wykrzywia 
grymas ekstazy miłosnej.

Ach, te inne uczucia - 
cherlawe i ślamazarne. 
Od kiedy to braterstwo 
może liczyć na tłumy? 
Współczucie czy kiedykolwiek 
pierwsze dobiło do mety? 
Porywa tylko ona, która swoje wie. 

Zdolna, pojętna, bardzo pracowita. 
Czy trzeba mówić ile ułożyła pieśni. 
Ile stronic historii ponumerowała. 
Ile dywanów z ludzi porozpościerała 
na ilu placach, stadionach. 

Nie okłamujmy się: 
potrafi tworzyć piętno. 
Wspaniałe są jej łuny czarną nocą. 
Świetne kłęby wybuchów o różanym świcie. 
Trudno odmówić patosu ruinom 
i rubasznego humoru 
krzepko sterczącej nad nimi kolumnie. 

Jest mistrzynią kontrastu 
między łoskotem a ciszą, 
między czerwoną krwią a białym śniegiem. 
A nade wszystko nigdy jej nie nudzi 
motyw schludnego oprawcy 
nad splugawioną ofiarą. 

Do nowych zadań w każdej chwili gotowa. 
Jeżeli musi poczekać, poczeka. 
Mówią, że ślepa. Ślepa? 
Ma bystre oczy snajpera 
i śmiało patrzy w przyszłość 
- ona jedna.

— z tomu "Koniec i początek", 1993.

niedziela, września 09, 2018

Święty Józef Bursy. Jeże

Ze wszystkich świętych katolickich 
najbardziej lubię świętego Józefa 
bo to nie był żaden masochista 
ani inny zboczeniec 
tylko fachowiec 
zawsze z tą siekierą 
bez siekiery chyba czuł się 
jakby miał ramię kalekie 
i chociaż ciężko mu było 
wychowywał Dzieciaka 
o którym wiedział 
że nie był jego synem 
tylko Boga 
albo kogo innego 
a jak uciekali przed policją 
nocą 
w sztafażu nieludzkiej architektury Ramzesów 
(stąd chyba policjantów nazywają faraonami) 
niósł Dziecko 
i najcięższy koszyk. 

— Bursa, 1957.

Pisałam już, że mamy dodatkową porcję makulatury do upchnięcia w walizkach,
w jednym z tomów taki wiersz. "Dzieła (prawie) wszystkie" warto w domu mieć.
Jest w opowiadaniu o Józefie coś szlachetnego,
chociaż tradycja katolicka zrobiła z niego frajera.

***
I jeszcze,
(ponieważ w piątek podrzuciliśmy im dwa jeże oseski,
a nie byliśmy jedyni - rozminęliśmy się w drodze z inną miłą panią)
reklamuję zbiórkę na konto Stowarzyszenia Ochrony Zwierząt EKOSTRAŻ.

Robią robotę w rejonie dolnośląskim.
Kaskę na zwierzaki można przelewać TUTAJ.

Jak ma być na jeże, wystarczy przy numerze konta dopisek JEŻE.
A może wolicie na Bellę, ślicznotę ze zwichrowaną nogą.
Widziałam jak leżała przed domem przy Miłoszyckiej 67 na poduszce jak królowa.
To wtedy dopisek BELLA.

Dobra nowina taka jest, że ludzi prometejskich jest całkiem sporo.

niedziela, sierpnia 12, 2018

Wiktor Woroszylski, Państwo faszystowskie

Niedługo po wojnie 1914-1918 w Europie powstały pierwsze 
państwa faszystowskie W tych państwach 
słońce wschodziło i zachodziło o normalnej porze opromieniając 
dachy domostw i wzgórz zieloną spadzistość W oborach 
łagodnie ryczało bydło Matki o świcie 
budziły dzieci całując je w czoło Ojcowie wracając z pracy 
ze znużeniem radosnym w kościach wdychali 
dym domowego ogniska zaś po obiedzie 
zasypiali w fotelu bądź też 
majsterkowali wytrwale bądź też muzykowali z zapałem 
Dzieci bawiły się w klipę w klasy i w chowanego Małym 
dziewczynkom rosły piersi i dziewczynki z dnia na dzień 
zamieniały się w duże dziewczyny wypełnione szeptem 
szmerem jak drzewa w lesie chichotem nagłym na którego 
dźwięk chłopcom zasychało w gardle W letnie wieczory 
na firankach podświetlonych od wewnątrz schodziły się cienie 
rozchodziły i znów schodziły miłośnie Zaś zimą kochankowie 
łowili ustami parę z ust w ośnieżonych ogrodach 
I jeszcze 
można wspomnieć o kotach wyginających się w kabłąk o wróblach 
wzlatujących nad jezdnią o staruszkach na przyzbie o kwiatach 
ciętych i doniczkowych o pielęgniarkach 
podających chorym termometr o ludziach z miotłą 
zamiatających ulice O drewnie 
rozsychającym się bruździe w polu wilgotnym wietrze 
w zaroślach I jeszcze można 
wiele wymienić zjawisk świadczących że 

Albowiem nie było znaków na niebie komet żałobnych 
wody w krew zamienionej krzaków płonących albowiem 
życie biegło zwyczajnie więc naprawdę w państwach tych 
wielu było 
ludzi zwyczajnych i ludzi dobrych i takich którzy 
nie wiedzieli o niczym i którym 
nie przychodziło na myśl i którzy 
nie czuli się współwinowajcami i którzy 
nie mieli z tym nic wspólnego i którzy nawet 
nie czytali gazet lub też czytali niedbale zajęci 
myślami o tym że trzeba naprawić 
przeciekający dach oddać 
buty do szewca oświadczyć się wypić 
kufel piwa wymieszać farby zapalić świeczkę i którzy 
naprawdę nie dostrzegali strachu w oczach sąsiada nie 
słyszeli drżenia w głosie pytającego o drogę nie 
dostrzegali różnicy nie słyszeli 
głosu w sobie albo skoro 
domyślali się czegoś nie mogli nic zrobić i pocieszali się
mówiąc My przynajmniej 
nie robimy nic złego żyjemy jak żyliśmy zawsze Co było prawdą 

A jednak były to 
państwa faszystowskie

W nawiązaniu do tematu podspodniego tak mi się przeczytało.
Z tomu "Zagłada gatunków", 1970.

środa, sierpnia 01, 2018

Gajcy, Święty kucharz od Hipciego

Święty kucharz od Hipciego 
Wszyscy święci, hej, do stołu! 
W niebie uczta: polskie flaczki 
wprost z rynsztoków 
Kilińskiego! 
Salcesonów misa pełna, 
Świeże, chrupkie 
Pachną trupkiem: 
To z Przedmurza! 
Do godów, święci, do godów, 
Przegryźcie Chrystusem 
Narodów!

— ostatni wiersz, sierpień 1944.

piątek, lipca 13, 2018

Piątek trzynastego

Dzień dobry wszystkim
Już w domu
Chodzę boso po blogach.

Gdy czasem wspomnę Maję, to staje mi, oj staje
Na Ewy widok sam też wzwodzik mam
Gdy myślę o Małgosi, to jeszcze się podnosi
Lecz myśl o Krysi już, zabija wszelką chuć
Bo wzwód nie sługa stary, nie poradzisz nic.
 
słowa: Georges Brassens /tekst polski Filip Łobodziński, Jarosław Gugała
muzyka: Georges Brassens
Zespół Reprezentacyjny.

Zespół Reprezentacyjny - Maja.