sobota, września 20, 2025

Dwa razy A

O alkoholu w Polsce, tekst za Racjonalny Psycholog:

Alkoholu nie piję od 4 lat.
I nie, nie „miałem problemu”.
Nie uratował mnie terapeuta, nie obudziłem się w rowie, nie dostałem ultimatum od bliskich.
Po prostu przestałem.
I od tamtej pory czuję się, jakbym chodził po świecie do góry nogami.
Bo za każdym razem, gdy mówię “nie piję”, widzę to samo:
Uniesione brwi. Podejrzliwość. Śmiech.
A potem to cudowne, klasyczne pytanie:
“Ale… coś się stało?”
Nic się nie stało.
Tylko w tym kraju musisz się tłumaczyć z abstynencji, a nie z faktu, że regularnie wlewasz w siebie truciznę mącącą zmysły i nazywasz to “relaksem”.
To ci, którzy nie piją, są postrzegani jako dziwni.
Nie ci, którzy tłuką się po klatkach, rzygają po taksówkach i wyzywają ratowników medycznych na SOR‑ze.
A potem słucham, co się dzieje na sesji Rady Miasta Warszawy i serio zaczynam rozumieć, czemu ludzie piją. Bo trudno znieść ten poziom hipokryzji na trzeźwo.
Wiesz, co powiedzieli? Że zakaz nie może wejść wszędzie, bo problem nie jest ogólnomiejski.
Aha.
Czyli jakbyś miał nowotwór tylko w jednej nodze, to reszty organizmu leczyć nie trzeba? Bo zdrowa?
Alkohol w Polsce nie jest dodatkiem.
Jest fundamentem.
Klei relacje, zabija samotność, zamula myślenie.
To wódka mówi „kocham cię”, to piwo rozwiązuje języki, to whisky zagłusza lęk.
A my stoimy i się kłócimy: 22:00 czy 23:00?
Dwie dzielnice czy cała Warszawa? A może kraj?
A może referendum, a może ankieta, a może nic, bo przecież „nie każdy pije do nieprzytomności”.
Nie.
Nie każdy.
Ale wystarczająco wielu, żebyśmy przestali udawać, że to tylko margines.
Którzy są wystarczająco głośno, żeby zagłuszyć tych, którzy chcieliby mieć po prostu spokojną noc, czystą klatkę schodową i SOR, który ratuje ludzi, a nie wytrzeźwiających imprezowiczów.
To nie ja powinienem się tłumaczyć.
To system powinien się w końcu zawstydzić.
Bo jeśli w miastach jest więcej sklepów z alkoholem niż przedszkoli, jeśli sklep nocny to centrum życia towarzyskiego, a najczęściej powtarzanym argumentem przeciw zakazowi jest „bo będzie gorzej”, to nie mamy problemu z zakazem.
Mamy problem z normalnością.
No ale nie po to podnosimy akcyzę i liczymy miliardy z butelek, żeby teraz robić jakieś zakazy, prawda? Gdyby ludziom naprawdę przestało się opłacać chlać, to komu byśmy wciskali tę iluzję wolności?
I nie, nie jesteś wolnym człowiekiem, jeśli twoja wolność kończy się tam, gdzie zamykają monopolowy.
Jesteś uzależniony.
A całe miasto ci w tym sekunduje.
Więc nie pytaj mnie więcej, dlaczego nie piję.
Zacznij się zastanawiać, dlaczego ty musisz.

O architekturze: tymczasem w Gazecie Wyborczej Emilia Dłużewska pisze o architektonicznych upodobaniach Pomarańczowego. Otóż, budynki rządowe mają być w stylu monumentalnej klasyki. Autorytaryzm w sztuce? Albert Speer i monumentalne ruiny, ktoś coś? Polonia, która głosowała na tego człowieka, cuchnie. 

32 komentarze:

  1. Napisałabym długi komentarz, ale chyba napiszę po prostu post u siebie. Miałam taki zamiar po przeczytaniu u Racjonalnego. Teraz się upewniłam. Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cóż, początek tekstu, to po prostu odzwierciedlenie stanu faktycznego: W Polsce nadal, gdy odpowiadasz "nie, dziękuję" na propozycję alkoholowego drinka, następuje pełne "troski" pytanie "dlaczego". "Fuj ci do tego", wypadałoby odpowiedzieć do rymu, ale grzeczniej będzie "bo nie piję". I wtedy pada kolejne "dlaczego, chory jesteś". To standard. I jak to słusznie zauważył autor, nie ma pytań "dlaczego chcesz chlać", a gdy coś się stanie, "dlaczego się schlałeś do porzygania", "dlaczego wsiadłeś za kierownicę po pijaku". Jest pytanie "dlaczegio nie pijesz". Pamiętam jak nasza wspólna koleżanka, mając lat 50 na karku nadal nie może sobie z tym poradzić i tylko żaliła mi się, że ona nigdy piwa nie lubiła, ani wódki. Nie smakowało jej, a ludzie ciągle się do niej czepiają. Ona nawet nie jest abstynentką, czasem strzeli sobie jakiegoś słodkiego lub słodko-kwaśnego drinka. Ale przecież to kraj debili, którzy pytają "dlaczego nie bierzesz ślubu", "kiedy planujesz dziecko", "czego nie chodzisz do kościoła", "czego nie chrzcisz dziecka", więc nie powinno to dziwić. Co ciekawe, gdy w Irlandii ktoś mi proponuje napicie się, a ja dziękuję, to pyta jedynie "are you sure?" i kończy temat.
    Podoba mi się zdanie:
    "I nie, nie jesteś wolnym człowiekiem, jeśli twoja wolność kończy się tam, gdzie zamykają monopolowy.
    Jesteś uzależniony."
    Choćby nie wiem jaki krzyk o uogólnianiu wzbudzało, jest prawdziwe. Zauważmy, że nikt nie protestuje, że ciastkarnię zamykają na noc, że na noc zamykana jest siłownia, a nawet kościół. Ale zamknięty sklep z gorzałą, to już ból pupy. I lament, że mety będą. Od tego są sąsiedzi, żeby dać znać na policję, jeśli im to przeszkadza. Legalnego sklepu policja nie może konfiskować. Nielegalną melinę już tak.
    Mam tylko uwagę, co do tezy, że radni trzymają otwarte sklepy 24h z alkoholem dla kasy. To nie to. Uzależnieni zrobią zapasy, gdy będzie nocna prohibicja. Oszczędzą tylko mieszkańcom dożynek, po wypiciu zapasu, ale kasa z tego procederu nie będzie zbyt duża. Chodzi o to, że radni sami lubią pochlać i na wszelki wypadek woleliby mieć sklepy całodobowe.
    W ogóle twierdzenie, że nocny alkohol to taki dobry biznes dla państwa nie ma podstaw w faktach. My nie pijemy, ale wydajemy pieniądze na lepsze jedzenie lub na kulturę, więc państwo na nas nie traci. Zwłaszcza, że nie będzie musiało u nas leczyć chorób odalkoholowych, nie będzie nam wypłacać zasiłków dla bezrobotnych, etc... Zmierzam do tego, że gdy ktoś zaoszczędzi na alkoholu, to kupi coś innego: lepszy samochód, lepszy dom, nowe meble, remont zrobi. Zarobią inne firmy, tyle że nie będą to koncerny alkoholowe.
    A wymówka rady miasta Warszawa, że problem nie występuje w całym mieście jest zwyczajnie fałszywa. I nie chodzi o metaforę z nowotworem w nodze. Chodzi o to, że problem jest w całym mieście, alkoholizm jest bardzo demokratyczny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Wolandzie, znasz jedno takie małe miasteczko z jego małomiasteczkowym stylem życia. Ja również je znam. Pamiętam nasze spacery i obserwacje ludu nie-pracującego, zalegającego na ławkach w rynku, obserwacje ludzi idących na uciekających kapciach, i "dzień dobry" wypowiadane głosem jakże zmęczonym/zdumionym (być może panowie sądzili, że człowieki w kapeluszach to kolejny pijacki zwid). Komentatorki poniżej twierdzą, że mają więcej szczęścia. Bardzo to dla nich dobrze. Z drugiej jednak strony Racjonalny Psycholog jest młodym mężczyzną stykającym się z nowym pokoleniem, jego relacja wskazuje, że nie poprawia się, że pałeczka została podana dalej, a problem z ustanowieniem nocnej prohibicji pokazuje tylko skalę zjawiska, rozrośniętego jak grzybnia pod powierzchnią społeczeństwa.

      Dla mnie jednym z ważniejszych wskaźników zapijaczenia społeczeństwa jest, że nawet starsze panie, które ledwo wychodzą z domu i wcale nie potrzebują kupować alkoholu o 00:30 w nocy, powielają narrację promowaną przez osoby uzależnione, że godzinowy zakaz sprzedaży nic nie zmieni, bo ludzie nadal będą pić.

      Usuń
  3. Dla mnie przesadził Racjonalny Psycholog z częścią tekstu.
    "Bo za każdym razem, gdy mówię “nie piję”, widzę to samo:
    Uniesione brwi. Podejrzliwość. Śmiech.
    A potem to cudowne, klasyczne pytanie:
    “Ale… coś się stało?”
    Nic się nie stało".
    Chyba ma pecha z wyborem towarzystwa. Nikt nigdy nie miał problemu z tym, że nie piję alkoholu, a w ogóle go nie piję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @anonimowa72, być może jest tak jak twierdzisz. Tak jak powyżej odpowiedziałam Rybeńce, również mam inne doświadczenia w życiu dorosłym, ale to za sprawą moich własnych wyborów, a wcześniej za sprawą wyborów mamy, która krótko ucinała kontakty z osobami niekontrolującymi picia. Poza tym wiek i płeć Racjonalnego Psychologa ma znaczenie, z pewnością ma on większy kontakt niż ja z młodymi mężczyznami.

      Usuń
  4. Wścieka mnie brak tego zakazu. Bardzo.

    Ale co do reakcji otoczenia na niepicie to mam inne doświadczenia, znam dużo osób, które nie piją i nikt nie ma z tym problemu
    Ale to może być środowiskowe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Rybenko, z całą pewnością to środowiskowe. Gdy spotykasz się z towarzystwem tzw. wewnętrznym, spoza własnej bańki, reakcje mogą być inne, niż wśród ludzi świadomie dobranych. Kiedy spędzaliśmy Sylwestra z przyjaciółmi, alkohol do tego stopnia nie był między nami zagadnieniem, że nikt nie pomyślał o wyciągnięciu szampana, propozycja brzmiała: kawa czy herbata? Tak więc, też mogę powiedzieć, że obecnie mam inne doświadczenia. Z kolei, z rodziną taty, dla których alkohol na imprezie rodzinnej jest absolutną podstawą, nie spotykam się od 30 lat.

      Brak zakazu pokazuje, jak polska kultura przeżarta jest alkoholowym stylem życia. Mówię to nawet doświadczając kultury irlandzkiej, która też w dużej mierze kręci się wokół picia (i mamy tutaj obostrzenia godzinowe! np. puby sprzedają alkohol od 10:30 do 00:30 w piątek i sobotę, w niedzielę dopiero od 12, a w resztę dni handel alkoholem jest zakazany po 23:30, w sklepach dostaniesz alkohol od 10:30 do 22:00).

      Usuń
    2. Nie ukrywam, że jesteśmy zakochani w dobrych winach, wódki nie używamy, mamy różnych znajomych, i raczej mnie cieszy, że nie wszystkie dzieci podzielają chęć spożywania st.Emilion niż smuci.

      Będąc ostatnio w Dublinie rzuciło mi się w oczy, że na każdym rogu jest pub, syn ten mówi, że żeby pogadać z kolegą to nie bardzo jest wybór miejsc innych niż pubowych. A syn nie pije, więc tego.

      Usuń
    3. @Rybeńko, o piciu tak sobie, od czasu do czasu, też nie jest tu mowa. Bo czy przeszkadzałoby Ci, że Twojego ulubionego wina nie możesz kupić o północy? Wątpię. Sama jestem z rodziny wrażliwców, ostre rzeczy, w tym alkohol, łatwo mi szkodzą, więc piję mało, ostatnio wcale.

      W Irlandii, tradycyjnie, męskie spotkania odbywały się w pubach. Nadal tak jest (tylko, że już z kobietami). Ogromnym plusem pubów jest to, że są otwarte do późna. Po pandemii wyrosła w Irlandii inna kultura, spotkań w kawiarni. Te miejsca, podobnie jak lokalne jadłodajnie, nie mają licencji na alkohol. Ich główną wadą są szybkie godziny zamknięcia, jadłodajnie najczęściej zamykane są już o 16 lub 17, a najdłużej otwarte kawiarnie w naszej okolicy, to sieć Costy (do 20 w czwartek-piątek). Czyli, jeśli Twojemu synowi chodzi o spotkania po 20, rzeczywiście, łatwo nie jest (choć zawsze można celować we włoskie restauracje, podają tam oczywiście wina, ale nie ma wyznaczonego baru z zawianymi klientami).

      Usuń
    4. Student rzadko ma czas przed 20
      A restauracja to dużo wydatek, odpada.

      Nigdy w życiu o północy nie szukałam wina
      Może dlatego, że mamy zacną piwniczkę
      A może dlatego, że o północy śpię;)

      Jestem absolutnie za zakazem nocnej sprzedaży alkoholu. U nas nie ma czegoś takiego. Być może gdzieś na stacjach benzynowych na autostradzie można kupić, ale znowu, nie wiem. Nie szukam;)

      Usuń
    5. @Rybeńko, tak zaczęłam się zastanawiać, jaki w takim razie lokal odpowiadałby Twojemu synowi. McDonald? Bo to są raczej tanie rzeczy i otwarte do późna albo nawet całodobowo.

      W ogóle nie robię zakupów spożywczych w nocy, chyba, że jestem w podróży i wracając do domu wiem, że po wakacjach mam pustą lodówkę. Ale to sytuacja hipotetyczna, prawdę mówiąc nie pamiętam takiej.

      Usuń
  5. Najwiekszym zaprzeczeniem wolności jest własnie picie alkoholu,ale niektorzy 'myśliciele" uwazaja,ze jest odwrotnie.Wiem, w jakim kraju żyję,ale tez mi się wydaje,ze tych zdziwien i zaskoczeń czyims niepiciem jest coraz mniej.Jestem abstynentką od dekad,może raz na jakiejś imprezie mnie ktoś zapytal, czy biorę antybiotyk:))Bo niepicie wciąż wielu osobom kojarzy się z chorobą:)) Często tez jeszcze rożni dziadersi blysna intelektem i wygłaszają mityczna sentencje alkoholików typu "alkohol jest dla ludzi".:))
    To prawda,ze nadal żyjemy w spoleczenstwie przesiąknietym alkoholem, dla mlodych ludzi w tym kraju to nie narkotyki są pierwszym wyborem,a wciąż alkohol - coż, "tradycja ",zwyczaje wyniesione z domu są najważniejsze.:))Rożne "memceny" ich w tym utwierdzają.Ciągle w tym kraju umiera wiecej ludzi na rożne choroby alkoholowe niż ginie w wypadkach.
    Moi młodzi oraz ich znajomi i nie używają alkoholu w ogole,trudno mi powiedziec,czy w ich grupie wiekowej są wyjatkiem.Pracują,wychowują dziecko,zwiedzają świat na trzeźwo, nie mają najmniejszego poczucia,że coś ich w życiu omija.
    Żyjemy nadal we wschodniej kulturze życia i picia - pełny barek to kultowe miejsce w domu, trunki przywiezione zza granicy dla wielu wręcz powód do dumy::))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ja-Ewo, w teorii wolność polega na tym, że możesz robić jak uważasz. Ale również na tym, że ponosisz konsekwencje swoich wyborów -- tylko Ty, nie inni (bo oni mają prawo do własnej wolności, m.in. wolności OD Twojej osoby -- to cały czas przykład, nie chodzi o Ciebie jaką taką oczywiście). Osoba, która koncentruje swoje życie wokół alkoholu czy innego narkotyku (ma tylko kolegów, którzy piją, rezygnuje ze spotkań na których nie będzie alkoholu, myśli o tym, gdzie w czasie podróży można kupić alkohol i planuje przystanki wg wewnętrznej potrzeby intoksykacji, martwi się, że może być nocna prohibicja), nie jest wolna. Mimo braku wolności, nadal jednak ponosi konsekwencje, nawet jeśli próbuje je początkowo ignorować lub zwala winę na świat, rząd, czy obecne pokolenie.

      Pierwszym wyborem młodych ludzi jest obecnie piwo (tak przynajmniej wynika z mojej obserwacji poczynionej w Polsce; w Irlandii nie mam takiego doświadczenia, bo picie alkoholu jest zdecydowanie uprawiane w budynkach, a tam z młodzieżą nie chodzę -- obserwuję natomiast ogromne, graniczące z uzależnieniem, przywiązanie do napojów energetycznych). Potwierdzenie jest m.in. w zachowaniach polskich polityków młodszego pokolenia, w tym "memcenów", którzy wychwytują, że tzw. spotkania przy piwie to norma, że wtedy jesteś spoko gość.

      Trunki przywiezione z zagranicy -- mój borze, jeszcze z 15 lat temu nie chwytałam jakie to jest wieśniackie, jak bardzo pokazuje, że kolekcjoner nadal mocno siedzi korzeniami w PRL-u, w świecie Barei, w którym barek był BARKIEM, oknem na świat, symbolem władzy.

      Usuń
    2. Na pewno ponad połowa społeczeństwa traktuje piwo jak wodę mineralną,jak coś,co nie ma nic wspólnego z substancjami psychoaktywnymi.Niektorzy są przekonani,że piwo nie uzaleznia,a jest wręcz przeciwnie - uzależnia najbardziej,bo poza etanolem w piwie jest również lulupina -silnie uzalezniajaca substancja z szyszek chmielu.Ale swiadomosc,podstawowa wiedza nie jest najmocniejszą strona tego społeczeństwa.Jak jest.promocja w Biedrze,to nic innego się nie liczy😊Piwo ma poza tym największy wskaźnik IG, nie jestem przekonana,czy panowie i panie z widoczną nadwagą( a więc cukrzycą a już na pewno insulinoopornoscia)mają tego świadomość.Wszak powszechnie wiadomo - wszelkim problemom zdrowotnym są winni lekarze tudzież kolejki do nich,,😊

      Usuń
    3. @Monika, energetyki uzależniają, choć nie zmieniają świadomości i nie bez powodu widzisz uwielbienie dla nich w Irlandii, bo gdybyś się przyjrzała używającym je młodym ludziom, to wcale nie będę tą grupy, dla których zostały wymyślone, czyli zawodowi kierowcy jeżdżący w nocne trasy lub zwyczajnie niewyspani z powodu zbyt długich tras w zbyt krótkim czasie. Będzie to młodzież nadużywająca narkotyków (w tym najpopularniejszych, alkoholu i marihuany). Jeden z popularniejszych drinków w Irlandii, bynajmniej nie ze względu na smak, to wódka z red bullem - ohydztwo, ale wódka kręci, a red bull sprawia złudzenie większej trzeźwości (nie czuje się tak zmęczenia alkoholem). Z marihuaną jest jeszcze prościej: Zjarają się, to ich uspokaja, niemal usypiając. Ale do roboty iść trzeba, to walą energetyka, żeby ich obudziło. Na przerwie skręt, znowu ich to nuży, więc do ręki energetyk, żeby czuć energię. I nawet jak się będą zapierać, że po prostu tak lubią, to fakty są takie, że biorą to na zmianę.
      @Ja-Ewa, prawdopodobnie dla tego, że taka liczba osób w ten sposób podchodzi do piwa, to im się wydaje, że jest niegroźne, zresztą to samo się tyczy marihuany. A z rzeczy mniej groźnych, uczniom się zdawało za moich czasów, że jak uciekną całą klasą, to będą bezkarni, podczas kiedy ucieczka całej klasy tylko rozjuszała pedagogów. A ja właśnie widziałem sytuację, za oknem młodzież narobiła syfu, paląc opony i palety (taka tradycja niższych sfer w okresie przedhalloweenowym). Co większe gnidy z dorosłych korzystając z "tradycji", dają dzieciakom do spalenia coraz groźniejsze odpady. No i przyjechała Garda (tutejsza Policja) i od razu namierzyli gówniarzy, którzy dowozili ten syf, ale na widok Gardy uciekli, nie wiem, czy Garda się z nimi ganiała, czy tylko rozpoznali kto to był i zwrócą się do niego w odpowiednim czasie w trybie formalnym. Dlaczego? Bo BYŁO ICH TAK WIELU, że nie wiem jakim cudem mogłaby się na wsi druga taka liczna grupa gnojków zebrać. I to jeszcze krążąca zebranych wokół materiałów palnych, których pilnowała Garda. A jeśli mają zeznania kilku świadków, to więcej dowodów nie będzie potrzeba do obciążenia karą za całe zamieszanie.

      Usuń
    4. @Wolandzie, myslę,że wielu ludzi uważa,że piwo to nie jest alkohol.Na pewno i dziś by się znaleźli tacy, którzy dają piwo "na spróbowanie" dzieciom.Jesli nie sam napój,to chociaż piankę,ktorą się tworzy na powierzchni.Znałam takich "równych" tatusiów, - ojców,dziadków moich koleżanek z podstawówki, prawie wszyscy żyli w myśl zasady : krótko ale rokendrolowo:)))

      Usuń
  6. Śmieszy mnie trochę wywód tego Racjonalnego Psychologa. Facet idzie na alkoholową imprezę i oburza się niepomiernie gdy inni uczestnicy dziwią się, że nie pije i zaciekawieni zadają pytania. Równie dobrze mógłby pójść na koncert disco polo, założyć słuchawki, przez te słuchawki słuchać muzyki klasycznej i oburzać się, że ludzie wokół są zdumieni, a niektórzy nawet pukają się w czoło na taki widok.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @boja, sądzę, że autor miał na myśli sytuację, gdy masz do wyboru wiele różnych napojów, w tym kawę, herbatę i wino, ale gdy wybierasz herbatę, koledzy nie pytają Cię czemu nie wziąłeś kawy, tylko czemu nie PIJESZ. Dla mnie alkohol jest jednym z napojów, nie przeszkadza mi, gdy jest, skoro mam wybór -- pewnie dlatego odebrałam tekst Racjonalnego Psychologa inaczej niż Ty. Poza tym w oparciu o moje doświadczenie: nigdy nie byłam na spotkaniu, na którym w ofercie byłby TYLKO alkohol, więc uważam porównanie z koncertem disco polo za nietrafione. Oczywiście, że nie poszłabym na koncert disco polo, skoro nie grają tam innej muzyki (co wcale by mnie nie zaskoczyło, skoro jest to KONCERT DISCO POLO).

      I to mnie prowadzi do pytania: to jest coś takiego jak alkoholowa impreza? Zapowiadają Ci: będziemy chlali, potem szczali, następnie srali w gacie? Kurde, no nie wiem. Chcę myśleć, że to tylko w melinach.

      Usuń
    2. Nie wiem co autor miał na myśli, ale reakcja towarzystwa na jego niepicie - uniesione brwi, podejrzliwość, śmiech - sugeruje, że raczej brał udział w imprezie zdominowanej przez alkohol (jak kto sobie taką imprezę wyobraża nie ma tu znaczenia).
      Ale mniejsza z tym. Mam pytanie do Ciebie, Moniko, bo zauważyłem, że znasz się na psychologii. Czy ten tekst, pełen żaru i żalu nie świadczy, że autor jest neofitą abstynenckim i że jednak wcześniej "miał problem"?

      Usuń
    3. @boja, autor jasno opisał swoją sytuację w zacytowanym tekście :)

      Gdyby zaś wcześniej miał problem (choć coś innego wynika z tekstu), jego aktualnemu stosunkowi do picia jak najbardziej należałoby przyklasnąć. Zdecydowanie zrobił postęp, czego nie można powiedzieć o kolegach.

      Nie mam takiego doświadczenia, że musi to być impreza zdominowana przez alkohol, żeby mnie w Polsce ktoś nagabywał, dlaczego nie piję akurat alkoholu (natomiast nie nagabywał, dlaczego wybrałam herbatę zamiast kawy). Nie chodzi o to, jakie trunki są na imprezie, ale o to, jak bardzo skoncentrowany na danym trunku jest autor pytania -- pijacy często nagabują, dlaczego nie pijesz, ponieważ chcą wykreować taki świat, w którym ich zachowanie jest w normie, a Twoje zachowanie (niepijącego) nie jest w normie. Gdyby się im objawiło na odwrót, musieliby zacząć się zastanawiać, czy nie piją za dużo, a właśnie tego starają się uniknąć najbardziej -- myślenia :)

      Usuń
    4. @Boja, przepraszam że się wtrącę, ale zauważam, że Twoje spostrzeżenia wcale nie muszą przeczyć tekstowi psychologa racjonalnego. On mógł pójść na imprezę zdominowaną przez alkohol, chcąc się zabawić, tyle że nie miał zamiaru pić, a tańczyć, rozmawiać, flirtować (do wyboru).Bo przecież zarówno on jeszcze wtedy gdy pił mawiał, że idzie się zabawić, jak i uczestnicy tych imprez, oni też uważali, być może uważają nadal, że chodzą się bawić. No i to co go (psychologa) spotkało, to konsekwencja wybrania się na imprezę zdominowaną przez alkohol, tak jak przypuszczasz. Ja tu sprzeczności nie widzę. Zwłaszcza, że w rozwinięciu tekstu pisał o zdominowaniu życia społecznego przez alkohol.

      Usuń
  7. Oczywiście, że żadnych sklepów nocnych być nie powinno. jeśli zakłóca, to ciszę nocną ...wzmaga przestępczość itepe. byłam w życiu kilka razy wprawdzie i nie zauważyłam żadnych zamieszk...no ale to dawno było.
    Nie jestem za zabranianiem picia ani w ogóle niczego dorosłym ludziom, którzy biorą za swoje życie pełną odpowiedzialność. Jestem za utrudnionym dostępem dla młodzieży. Absolutnie.
    Piejemy nie najwięcej i nie najmniej, w Europie, problem w tym, jakie to picie, cyt z AI :
    W spożyciu alkoholu na głowę przodują kraje takie jak Czechy, Litwa, Łotwa, a także Niemcy i Rumunia, z rocznym spożyciem przekraczającym 12 litrów czystego alkoholu na osobę, podczas gdy średnia dla krajów Unii Europejskiej wynosi około 9,8 litra. Polska znajduje się na podobnym poziomie do średniej UE, ale charakteryzuje się modelem picia "binge drinking" (upijanie się do upojenia).

    I teraz powiem coś okropnego, mianowicie piję alkohol :-D aktualnie wino i czasem nalewki, sami robimy wyśmienite. bo zwyczajnie lubię. piję do kolacji lub obiadu w dobrych knajpach. spotykamy się ze znajomymi, którzy i piją i nie piją. nikt nie robi problemu. Absolutnie nie przeszkadza mi, gdy ktoś nie pije. Wyobraź sobie, że nikt nie bełkocze, nie rzyga ... czyli nie tradycyjnie w typie "binge drinking" ale uprawiamy picie wyższe cywilizacyjnie, bardziej w typie hiszpańskim, włoskim, francuskim. smakujemy to wino.
    Absurdalnym mi się wydaje twierdzenie, że picie alko na imprezie, to musi być tylko i wyłącznie patologia. i odcięcie. Ludziom, którzy tak to widzą współczuję bardzo, bo mają przykre doświadczenia z rodziny, znajomych i w ogóle towarzystwa. są to też najczęściej ludzie sami wywodzący się z patologii i DDA.
    Przywozimy wino z Chorwacji moje ulubione Malwazję. zawsze, gdy tam jesteśmy :-) barku nie posiadamy ale zbiory nalewek własnych rocznikowo już tak. i tak to.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Teatralna, dla mnie zakaz sprzedaży produktów wysokoprocentowych w nocy nie jest niczym nadzwyczajnym. Jest po prostu jednym z najprostszych, najprymitywniejszych probierzy, czy ktoś ma problem z piciem. Jeśli ma, nocna prohibicja będzie dotykała go do żywego (ponieważ wymaga to od niego dodatkowej logistyki butelkowej, a z tą jak wiadomo coraz trudniej na kolejnych etapach staczania się w rowy mariańskie Oceanu Alkoholowego). O zabieraniu picia dorosłym w ogóle nie ma tu mowy. Z drugiej strony, w kuchni można znaleźć różne produkty, o których wiemy, że w dużej ilości są toksyczne dla organizmu, więc coś jest na rzeczy w tym, że jakaś grupa ludzi lubi nadużywać akurat tych produktów, a nie innych, np. jajek -- miałabym tu problem z potwierdzeniem, czy są to najbardziej ogarnięci ludzie, jakich znam (po prostu nie lubię kłamać ostentacyjnie ;)).

      Zdecydowanie: zakaz picia na ulicy, wysokie ceny, nocna prohibicja -- to mają być utrudnienia (także dla młodzież). Na tym polega zresztą profilaktyka nałogów w ogóle, ma nie być zbyt lajtowo. Profilaktyka niczego nie zapewnia, a jedynie statystycznie obniża występowanie jakiegoś zjawiska. Nie porównuję Polaków do innych nacji (poza Irlandczykami, bo mam tu swoje obserwacje), ponieważ to przypomina mi typowe tłumaczenie się rodziców w szkole: może mój Jasiu dostał jedynkę, ale pół klasy też dostało jedynkę, czyli nie liczy się, Jasiu nie taki głupi ;) (czytam teraz sporo Hjorth, wg jej fabuł norweska kobita chleje z okazji każdej).

      Wiele osób lubi alkohol. Nalewki nie dla mnie (za mocne, mam wrażliwe błony śluzowe -- po rodzicach zresztą, mama cały czas kaszle, tatko ma celiakię). Rozumiem, że szczególnie kraje śródziemnomorskie mają inną kulturę picia, z kolei kraje Północy lubią sobie dołożyć do pieca trunkami z większą mocą. Spoko, mówimy jednak o patologii picia, wzmożonym zainteresowaniu, monokulturze wyboru trunków, a nie o piciu rozwodnionego wina do obiadu. Zaciekawiło mnie to, co napisałaś o kulturze picia w kontekście własnego doświadczenie, bo z kolei na swoim blogu po takich spotkaniach sugerujesz, że trzeba trochę czasu, żeby dojść do siebie (albo ja tak czytam, i tak sobie wyobrażam Twoje samopoczucie).

      Z nalewkami domowymi mam nieciekawe skojarzenie z sąsiedztwa -- pisałam tu kiedyś o tym, że mąż sąsiadki zapadał się w alko, dramatycznie się to działo i po irlandzku, bo nigdy nie widzieliśmy, żeby robił awantury. Po prostu nagle zaczął wyglądać jak 80-latek z pryszczami na twarzy. Para się rozeszła (bez naszego w tym udziału, choć pamiętam dramatyczne komenty jednej komentatorki, która ewidentnie była DDA i nie mogła przeboleć, że mam inne zdanie, niż ona). Ale do brzegu ... dopiero teraz sobie uświadomiłam, że przez ten cały czas nasza sąsiadka pędziła alkohol: piwo i nalewki, mimo tego, że zdawała sobie sprawę, że mąż jest na równi pochyłej, a ona wystawia go na czynnik odpalający. Tak, że ten ... różnie to bywa, granica zdrowego zachowania jest cienka, jak w wielu innych przypadkach.

      Usuń
    2. No cusz dobrze czytasz otóż czasem przegne albo i po jednym.kieliszku mi zaszkodzi, bo wino bylo mocne. ..Albo za mało zjadłam. Albo coś. Z żarciem tez sie zdarzaja zatrucia. Nie ukrywam ze z czasem samo smakowanie owszem przyjemne jest bardzo ale dnia następnego różnie bywa. Ja traktuje wino jak jedzenie. Sa dania ktore ewidentnie szkodza powoduja wzdecia i sraczki. Otłuszczaja wątrobę. Już nie mówiąc o tyciu .
      Nalewki robimy słabe. I wytrawne. I stoją. Też pijemy bardzo bardzo rzadko. Ostatnio wcale.W zasadzie częstujemy i prezentujemy.
      Statystyki podaję wtedy gdy czytam lub słyszę ze jesteśmy narodem pijaków i chlejemy najwięcej. Otóż to nie prawda A pisałam je tym razem bo kluczowe jest ostatnie zdanie. Jak pijemy.
      A mnie zaciekawiło ze norweskie kobiety chleją. Przy każdej okazji. Może nie potrafią sie inaczej wyluzować. Poza tym picie okazjonalne jest niebezpieczne wtedy najczęściej można sie dramatycznie upodlić. Do spodu. I wdrukować sobie wzór, ze impreza okazja równa sie chlanie. Ale z drugiej strony...

      Usuń
    3. @Teatralna, oglądałaś norweski film "Na rauszu"? To metafora wchodzenia w uzależnienie. Nie u każdego wygląda tak samo, nie każdego wiedzie w ten sam punkt. Polecił mi ten film kolega, który zastanawiał się, czy nie ma problemu z piciem, ale nie potrafił zrezygnować z alkoholu (samotny artysta), a jego sugestia była taka, że film tłumaczy iż "ZALEŻY NA KOGO TRAFI" i "NIE MOŻNA UOGÓLNIAĆ". Obejrzałem. Film mówi, jak się rozwija uzależnienie. I że albo pijący się ogarną, albo nie. Z czterech kolegów, jeden się stoczył i popełnił samobójstwo. A reszta...? Nie wiadomo. Na razie przyhamowali, bo stwierdzili, że w złym kierunku to idzie, ale wszystko przed nimi: albo cały świat, albo butelka. Mój kolega już nie pije. Zawał serca dał mu do myślenia, ale jak napisałem wcześniej: przed nim cały świat lub alkohol, zobaczymy, co wybierze. I tak jest z każdym z nas bez wyjątku. Przecież nikt nikogo nie będzie tutaj pilnować, co robi w swym jednym, jedynym życiu. Nie sugerujemy też, że są tylko dwie drogi: picie lub niepicie, bo przecież ZNAJ PROPORCJUM, MOCIUM PANIE! Możemy sobie porozmawiać o mechanizmach uzależnień albo o tym, co rozumiemy pod pojęciem relaksu, albo o czymś innym, ale nikt z nas tutaj nie chce wchodzić w rolę mamusi albo tatusia, karcących swoje dzieci.
      I jeszcze mi się przypomniało w kwestii stylu picia. Bardzo długo pijący wierzą, że mają kontrolę, że piją jak inni. Mówią tak, bo ani inni nie wiedzą, ile oni tak naprawdę piją, ani oni nie wiedzą, ile piją inni. Innymi słowy: Może piją więcej, może mniej, na pewnym etapie jest to nie do sprawdzenia. ALE! Mnie i mojemu towarzystwu z nastolęctwa też się tak zdawało, aż musiałem podjąć decyzję, że wysiadam z tego pociągu. No i po kilkunastu latach od tej decyzji, inni moi koledzy, dużo młodsi, bardzo się radowali na imprezę. Przypominali sobie swoje mocne głowy z poprzednich imprez, generalnie wyglądali jak ja dwadzieścia lat wstecz. Padli jak kawki, a nie wypili nawet pół litra na twarz. I wtedy zrozumiałem, ile piłem ja z towarzystwem. My po takiej zaprawie poszlibyśmy w miasto szukać przygód. Zmierzam do tego, że nasza subiektywna ocena może mylić (w jedną lub drugą stronę), ale to i tak bez znaczenia: Po prostu regularne picie alkoholu jest niebezpieczne. Tak jak regularne łamanie przepisów drogowych. A..., byłbym zapomniał..., jedzenie nie zmienia świadomości, dlatego ludzie nie domagają się całodobowych cukierni. Po prostu, uważają to za dość głupie, tak latać po nocy po ciastko. Nawet, jeśli są od cukru uzależnieni. Pijący nie widzi nic głupiego w chodzeniu po nocy do sklepu po flachę lub nawet choćby jedno piwo. W czasach gdy ja piłem, okolice nocnych nie należały do najbezpieczniejszych.

      Usuń
    4. Wolandzie, dobrze, że to napisałeś ZALEŻY NA KOGO TRAFI" i "NIE MOŻNA UOGÓLNIAĆ". ja bym dodała i zależy w jakim towarzystwie i w jakiej rodzinie. co powoduje schizy na całe życie. i oceny innych w określony sposób. Otóż mnie irytuje nieco, gdy właśnie najczęściej chyba Neofici, (niepijący, niepalący) uogólniają i wchodzą w rolę tatusia,mamusi... nauczycielki :-DD
      wyrosłam już z imprez podczas których robiłam fajne rzeczy. oraz cholernie nie lubię się tłumaczyć...

      Usuń
    5. a i jeszcze film Wolandzie, otóż tak oglądałam i jeszcze oglądałam "Pod mocnym aniołem i ...byłam w szoku, totalnym, bo w życiu czegoś takiego nie widziałam i nie miałam pojęcia, jak wygląda prawdziwe uzależnienie alkoholowe.

      Usuń
    6. To pokazane "Pod mocnym Aniołem" nie tyle jest "PRAWDZIWE" uzależnienie, bo każde uzależnienie jest prawdziwe, co GŁĘBOKIE uzależnienie. Chyba jeszcze bardziej szokujący jest film ze Stuhrem, "Powrót do tamtych lat", bo pokazane jest to z pozycji dziecka. Ale równie prawdziwe jest uzależnienie bohaterki mojego filmu, gdzie niby nic takiego super strasznego się nie stało, a jednak sporo moich znajomych było na mnie złych, że zauważam takie rzeczy. I mimo, że przykro słuchać takich bliżej nieokreślonych wyrzutów, że widzę to, co widzę, to dostawałem też zgoła inne opinie, pełne podziwu, wręcz niedowierzania. Moja była dziewczyna, gdy jej podesłałem ten film, odpisała: "Nawet nie wiesz, co ten film zrobił! Zobaczyłam w nim siebie!" A ona wcale nie była pierwowzorem głównej bohaterki. Po prostu, niby każdy jest inny, ale pewne schematy się powtarzają.

      Usuń
    7. @Teatralna, przepraszam za późną odpowiedź, życie mnie porwało, wypisałam się gdzie chwilowo indziej. Dobrze jest być szczerym wobec samego siebie, zresztą na blogu też można, każdy z nas jest dorosły, co tam sobie kto o nas myśli nie ma znaczenia, za 100 lat nikogo znajomego nie będzie, ani nas, ani ludzi obecnie o nas myślących. U mnie w domu rodzinnym flaszki, które przywiozłam z Meksyku, stoją nieotwarte do dzisiaj (wiele lat temu miałam chłopaka, który kolekcjonował butelki z różnych stron świata i przez jakiś czas wydawało mi się to interesujące).

      Statystyka jest ogólnie ciekawa, ale nie używam jej rozmawiając o realnych problemach realnych ludzi (zbyt często ludzie sięgają po statystyki, żeby się usprawiedliwić, a przecież nie po to zbiera się dane). Otóż my, Polacy, chlejemy. Tolerujemy chlanie. Tolerujemy ludzi pijanych za kierownicą. To, że ja nie, nie oznacza, że to ja wyznaczam trendy. No nie. Jestem raczej krzywym drzewkiem i wiem od dawna, że nie mogę sądzić o świecie, rozglądając się po własnym mieszkaniu. Ostatnio rozmawiałam z Irlandką o alkoholizmie Irlandczyków -- moja rozmówczyni była zdecydowanie tematem poruszona, bo miała pod ręką kilka historii o zejściu bliskich osób. Przy okazji tej rozmowy wyszło, że w Polsce znane mi osoby wydają się zwijać szybciej, w ciągu około 15 lat od rozpoczęcia intensywnego picia, ona z kolei znała pijaków, którzy z silnym uzależnieniem od alko żyli następne 30-40 lat. Wniosek naszej rozmowy, zupełnie nienaukowy, oparty o anegdoty, był więc taki, że nie tylko chodzi o ilość, ale o jakość: w Polsce nawet piwo jest mocniejsze, a pijacy dożynają się przecież wódką.

      Główne bohaterki Hjorth piją od rana do nocy. Nie wiem jak to wygląda na tle innych autorów skandynawskich, bo na razie mało czytam Skandynawów, poza Fossem (a ten to już alkoholik zdiagnozowany -- zresztą alkohol jest jednym z bohaterów "Septologii"). W analizach łączy się to skandynawskie picie z depresją, klimatem, itd. Możliw (coś często używam tego słowa), przeczyła nie będę. Zdecydowanie wolę szwedzką kawę ;)

      Usuń
  8. No i z tego wszystkiego zapomniałem o fragmencie dotyczącym Pomarańczowego. To jest arcyciekawe, że despoci mają upodobania bardzo klasyczne, znaczy żeby było duże, z kolumnami albo jebitnymi schodami. Czy to nazistowski stadion w Norymberdze, czy sowiecki PKN w Warszawie..., to samo zobaczymy w Pjongjangu. I nie o to chodzi, że komuś się styl klasyczny podoba, ale o to, że swym nakazem chce dać mu preferecje nad innymi stylami architektonicznymi. Cóż..., kiedyś miewałem takie przemyślenia: "Co by się stało, gdyby w USA prezydentem został jakiś gówniany Adolfek". Naiwnie pokładałem wiarę w bezpiecznikach demokracji, ale nic nie zrobisz, jak masy ludowe ogarnie szaleństwo i zrezygnują z demokracji. Lud nie pierwszy i nie ostatni raz zrzeka się władzy, nawet o tym nie wiedząc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Wolandzie, bo despoci to często figury autorytarne, a osoby autorytarne lubią jednoznaczność, uporządkowane formy, które łatwo jest im etykietować. Sztuka nowoczesna bazuje na odbiorze indywidualnym, na zaskoczeniu i wielości interpretacji. A chodzi przecie o to, żeby było bjutiful.

      Najtragiczniejsze jest to, że ciż sami ludzie, którzy popierają różnych Pomarańczowych czy lokalnych nazioli, jednocześnie zadają sobie pytanie o zwykłych Niemców popierających Hitlera. No jak to możliwe, pytają Banalne przewracając oczami, wysilając mózgownicę, no ja bym go nigdy nie poparła, przenigdy, no niemożliwe, po prostu, morale mam takie wysokie, że panie, stąd nic nie widać. A potem głosują na Brauna.

      Usuń

Bardzo proszę NIE komentuj jako Anonim. Nie toleruję spamu i wulgaryzmów. Komentarze są moderowane, więc take your time. Jeśli uporczywie piszesz nie na temat, w końcu zrobi Ci się przykro (mam doktorat z rugowania trolli i jęczybuł). Dodatkowo: jeśli podejrzewam, że komentarz został napisany z pomocą AI, nie puszczam go — tobie nie chce się pisać, mnie nie chce się czytać.

***


Please, DO NOT comment as Anonymous. Talk sense. Spam messages and filthy language won't be tolerated (I have a PhD in silencing trolls & crybabies, summa cum laude). In addition: I block comments that look like AI created — you have no time to write yourself, I have no time to be bothered, it's as simple as that.