piątek, kwietnia 05, 2024

Być kimś innym

W swojej pracy, w swoim życiu, zauważyłam, że start w nowym miejscu pozwala zrzucić starą tożsamość i pokazać siebie od innej strony, nawet za cenę zmyślenia. Wielokrotnie widziałam, jak dzieci zmieniające klasy, lub idące do nowej szkoły, przełamują przyklejoną do nich etykietkę, stają się kimś innym, może nawet rozkwitają (odbiegając w inną stronę: zjawisko to jest wykorzystywane w terapii osób uzależnionych, którym zaleca się zmianę otoczenia, miejsca zamieszkania). Ciekawy wątek związany z tym zjawiskiem znalazłam czytając książkę o ziemiach poniemieckich.

Pani Krysia była jedną z tysięcy pań Kryś, które przyjechały na Poniemiecczyznę, żeby naopowiadać nam takich bzdur, że wieczorem trudno różaniec utrzymać. Pani Krysia lubiła mówić o tym, że jest po szkołach, wspominała swój okazały lwowski dom, a gdy pewnego razu wyszło, że nie wie, jak zawiesza się firany, tłumaczyła, że przed wojną sama firan wieszać nie musiała, bo we wszystkim wyręczała ją służba. Po jakimś czasie jej mąż przyznał, że to wszystko nazmyślała: we Lwowie pani Krysia nie miała ani wielkiego domu, ani służby, ani szkół nie pokończyła, a swoją biografię wymyśliła sobie, przybywszy do tej krainy.
— Zbigniew Rokita, "Odrzania. Podróż po ziemiach odzyskanych", str. 69-70, Znak, 2023.

Pierwszy raz czytam w dobrej książce o historii regionu słuszną uwagę psychologiczną, że nie można wszystkich ludzkich wspomnień naiwnie przyswajać jako zapisu zdarzeń autentycznych, pozamózgowych. Prawdę zdradzają drobiazgi. Tak jak zwyczaj nakazujący gościom zdejmowanie butów w domu zdradza pochodzenie chłopskie u nowych mieszczan, tak aktualny antysemityzm dziadka jest raczej echem jego zbrodni wojennych niż bohaterskiego ukrywania Żydów w stodole, a wysłuchując opowieści kto komu ukradł warto mieć na względzie, że mechanizm obronny inspiruje opowiadaczy do zamiany własnej roli na taką, którą można przedstawić bez strachu przed oceną negatywną. "Odrzanię" Rokity polecam serdecznie. 

Potem jednak spojrzałem na tych wszystkich panów mecenasów i panie doktorowe oczami moich śląskich przodków, do których ta trupa teatralna zjechała. I pomyślałem, że musieli pradziadkowie patrzeć na nich jak na ostatnie pajace. Ja sam też co rusz daję się złapać we wnyki kresowego spektaklu, który rozgrywał się jak Odrzania długa i szeroka. Daję się złapać w te wnyki, bo mimo wszystko jest coś pociągającego w bajaniu o Kresach i kresowej Odrzanii. 

34 komentarze:

  1. Przeczytałam "Odrzanie" I jestem zachwycony tą książką.
    Polecam "Welewetke" Stasi Budzisz - to książka o Kaszubach.
    Stokrotka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Strokrotko, czytam jednocześnie dwie książki, więc "Odrzanii" jeszcze nie skończyłam, ale mam podobne odczucia do Twoich. Autor łączy zgłębianie prawdy historycznej z prawdą pojedynczych biografii, które niekoniecznie ze sobą korespondują. Jest to wszystko napisane ładnym językiem, wzbogaca i skłania do refleksji nad zmiennością i niejednoznacznością wydarzeń. Twoją polecajkę już dodałam do mojej listy na LubimyCzytać. Dziękuję :*

      Usuń
  2. I pewnie w małych dawkach takie wykasowanie dawnych danych jest w porządku dla możliwości rozwoju i egzystencji. Wspomniany przez Ciebie niepijący alkoholik, który chce żyć trzeźwo, może uznać, że bez bagażu tego, który nigdy za kołnierz nie wylewa będzie mu łatwiej, to samo się tyczy byłego więźnia, czy gangstera. Gorzej jest, gdy ktoś nie zna umiaru w tworzeniu swej legendy. Znam co najmniej kilka osób z regularną mitomanią, która spowodowała ostracyzm ich osób, czasem z powodu śmieszności (wspomniał o tym autor "Odrzanii"), a czasem z powodu złości na kłamstwo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Wolandzie, opowiadanie historii to u ludzi naturalna potrzeba. W historie wplata się własne emocje, interpretacje, wyobrażenia, pragnienia. Niewielka koloryzacja nie szkodzi, kwestia jest jedynie w ustaleniu, ile to jest to "niewiele". W przypadku osób z nieciekawą przeszłością, które chcą zacząć od nowa, przybranie innej tożsamości jest terapeutyczne, ale osoby postronne mogą tego już tak nie odbierać - w naszej kulturze jesteśmy skłonni postrzegać osobowość czy przynależność do określonej grupy społecznej jako cechy stałe, odporne na zmiany. Co dla jednego jest terapią, dla innego będzie więc kłamstwem (zazwyczaj ludzie uznają konfabulacje tworzone przez innych za celowe wprowadzanie w błąd, natomiast nie dostrzegają własnych, nawet bardzo naciąganych koloryzacji).

      Uznając, że ludzie, którzy przyjechali do Odrzanii chcieli po prostu mieć nowe, lepsze życie, zastanawiam się, jak bardzo ich zmyślone historie zniekształciły prawdę. Ale co ja tam mogę wiedzieć? Na razie nie potrafię zlokalizować mojej własnej prababki (z niej też była niezła bajkopisarka) ;D

      Usuń
  3. Zdejmowanie butów zdradza chłopskie pochodzenie? Ciekawe. Moi dziadkowie nie zdejmowali. W ogóle nie kojarzę, by u mnie na wsi przy odwiedzinach u rolników ktoś zdejmował buty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Dariusz, "... zwyczaj zdejmowania butów w domu zdradza pochodzenie chłopskie u nowych mieszczan". Kiedyś chłopi nie nosili na co dzień butów, a w domach były klepiska. Myślę, że pojawienie się butów jako obuwia codziennego wraz z pojawieniem się podłóg spowodowało u potomków chłopskich niejaką dezorientację, którą nazywam majndfakiem (taki brud na butach, ludzie, tak dużo lśniącej podłogi do zabrudzenia). Wspomniane zdanie nie jest o tym, czy moi dziadkowie (pokolenie przejściowe) zdejmowali buty (np. pradziadkowie nie zdejmowali, bo buty nosili do zdjęcia, do kościoła, idąc w gości! - ten wątek z butami jako wyznacznikiem statusu i powagi sytuacji jest nawet wspomniany w "Weselu"), tylko o tym, że ich syn, który się wyprowadził do miasta już kapciuszki dla gości z rodziny miał pod ręką jako normalne wyposażenie domu ;)

      Usuń
    2. Aaa... U nowych mieszczan to możliwe. Moi rodzice z chłopów, ale zostali na wsi, więc to ich nie objęło i kapcie w domu mieli tylko dla siebie.

      Usuń
    3. @Dariusz, "z chłopów, ale zostali na wsi" ... rozumiem, że arystokracja to raczej nie była, czyli masz na myśli chłoporobotnika (nie ma się czego wstydzić, jak już wielokrotnie pisałam, rodzice mojego taty większość życia mieszkali i pracowali w PGR-ze, czyli "z chłopów, ale zostali na wsi"). Mówiąc o tym, że potomkowie chłopów wymuszają na gościach ściąganie butów w domu nie miałam na myśli, że wynieśli ten zwyczaj ze swojego domu rodzinnego, tylko, że stosują go (prawdopodobnie) jako objaw awansu społecznego (patrzajcie matka jakie u mnie pokoje i uczta się). Oczywiście, najpierw musiała się wśród chłopstwa obniżyć wartość butów jako symbolu statusu społecznego, stąd przypuszczam, że zjawisko jest raczej nowe.

      Usuń
    4. Ja tam mysle, ze to zdejmowanie butow to raczej zmiany w ogrzewaniu domow czy mieszkan. Znam przyklady, ze starsze pokolenie nosilo nie tylko pantofle ale i buty bo podlogi byly slabo izolowane. W blokach, przy kaloryferach latwo bylo utrzymac ciepelko. Buty czy pantofle nawet nie musialo sie zakladac na stopy. W pietrowych domach, nawet dawniej byla dosyc dobra akustyka wiec unikalo sie tupiacego obuwia, zeby nie przeszkadzac sasiadowi, a sasiad nam. Wymyslono miekkie pantofle :)))) Tak tlumacze sobie to zdejmowanie butow. Goscia mowi sie: czujcie sie jak u siebie w domu wiec zdejmuja buty juz w drzwiach. :))))

      Usuń
    5. @Echo, mnie wcale nie dziwi, że mieszkańcy domu noszą inne, miękkie obuwie, nieprzeznaczone do użytku na zewnątrz. Kiedy mieszkałam w Polsce po pracy odstawiałam następujący rytuał: zmieniałam buty na kapcie, przebierałam się, wiązałam włosy w warkocz, ściągałam zegarek (natychmiast po przekroczeniu progu domu zaczynał mi przeszkadzać). Mówisz "czujcie się jak u siebie w domu" ... a jednak nie każemy gościom ściągać staników, pozbywać się biżuterii, skupiamy się głównie na tych nieszczęsnych butach. I nie ma dla tego zachowania wyjaśnienia związanego z tradycją (chłopi w oficjalną gościnę szli w swoich najlepszych ubraniach i butach, z pewnością nie po to, żeby je ściągać), wydaje się, jakby obsesja butowa pojawiła się wraz z migracją chłopstwa do miast i wykwitem innej obsesji: jeżdżeniem na szmacie jako substytutem bezustannego zajęcia w domu (odpadło karmienie świń i pranie na tarze, ale pojawiła się poezja linoleum lśniącego jak u królowej jakiej w pałacu ;)). Taką mam hipotezę ;)

      (oczywiście wiem, że np. Japończycy ściągają buty wchodząc do domu, ale u nich wynika to akurat z bardzo starej tradycji ... czyli inaczej niż w Polsce).

      Usuń
    6. Niektore narody tez to robia, nawet we wlasnych mieszkaniach zostawiaja obuwie przed drzwiami. Buty z biegiem lat zmienialy sie z cholewkowych buciorow z onucami czy sloma na buty do kostki. U nas w przedszkolach, szkolach, nawet bibliotekach zdejmuje sie buty i chodzi w skarpetkach (boso jest nieestetycznie). Jaka to tradycja? Raczej jest to praktyczne dla wszystkich. Najciekawsze, ze przed drzwiami umieszczane sa takie trzy szczotki o ktore buty sie czysci aby po tym obrzadku zdjac je w korytarzu i wstapic do srodka w skarpetkach :)))). Czym to wytlumaczyc?

      Usuń
    7. @Echo, rozumiem, że różne narody mają różnie, i jeśli mieszkasz w innym kraju, możesz zapytać tubylców dlaczego robią tak, a nie inaczej (np. w Japonii goście też przestrzegają zasad ściągania butów ze względu na tradycję używania w domach mat tatami). Cały czas mówię o domach prywatnych, nie o rozwiązaniach systemowych w miejscach publicznych. W Polsce zwyczaj nakazujący gościom zdejmowanie butów jest szajbą oddolną, chyba dość nową, trudno wytłumaczalną czymś innym niż "olśnienie linoleum". Z pewnością nie jest to stary zwyczaj mieszczański lub pański, bo zasady savoir-vivre mówią coś odwrotnego: zostawić gościa takim ślicznym, jak przyszedł i nie wyciągać (na bogów!) zagrzybionych kapci. Wobec faktu, że niektóre miasta po wojnie były zasiedlane przez okoliczne chłopstwo, hipoteza nasuwa się sama.

      Usuń
    8. Podejrzewam, ze niektorzy sami sciagaja te buty w gosciach, zeby sobie butow nie ubrudzic :))))) (linoleum mnie olsnilo chyba). :))))

      Usuń
    9. @Echo, ludzie sami ściągają buty w gościach, bo jest to zwyczaj wymuszany od dzieciństwa. Jeśli coś robimy od zawsze, wykształcamy w sobie nawyk. A że moja mama jest drzewkiem o dwóch czubkach, ma odwrotnie, gotowość gości, żeby u niej buty ściągać budzi w niej panikę. Po pierwsze, zawsze tłumaczy, że podłoga jest brudna (co zazwyczaj jest prawdą), po drugie, czego już nie mówi, niektórzy nie uzmysławiają sobie, że bywają ludzie o wrażliwszym powonieniu, co z zestawieniu z faktem, że bywają ludzie o śmierdzących stopach oraz ludzie noszący te same skarpetki przez tydzień, nie jest miłym połączeniem. Dodam, że moja mama jest chłopką z dziada pradziada, ale prawdopodobnie neuroatypową, i wiele rzeczy przetwarza w swojej głowie inaczej.

      Usuń
    10. Przekonal mnie ten zapach stop i skarpetek! Nowe powiedzenie sie nasuwa: "goscil sie w butach" zamiast powiedzenia "umarl w butach"

      Usuń
    11. @Echo, cieszę się, że mogłam Ci przedstawić inny punkt widzenia :D

      Usuń
    12. No jestem dozgonnie wdzieczna! :DDDDD
      A tak w sprawie butow to pamietam, ze w dziecinstwie ktos zauwazal: Dzieci, tylko bez butow. Dzieci jednak nic sobie z tego nie robily, wpadaly i wypadaly w butach. Ja sama zaczelam, z wlasnej inicjatywy zdejmowac buty wtedy, gdy zaczelam sama sprzatac we wlasnym domu po gosciach. Doszlam do wniosku, ze moje buty brudza tak samo jak buty moich gosci. Podkreslam, ze z kindersztuby nie wynioslam tego przymusu, wrecz przeciwnie, sabotowalam to na wszelkie mozliwe sposoby.
      A co zdejmowac w gosciach jak przekonania smierdza nie mniej niz te nogi bez butow?

      Usuń
    13. @Echo, nie miałam takiego doświadczenia ("dzieci, tylko bez butów"), czy dlatego nie mam odruchów związanych z kontrolowaniem butów gości tego nie wiem. Ale powiem Ci, że ... nie sprzątam po gościach. W ogóle nie odnoszę wrażenia, że nasi goście brudzą jakoś szczególnie. Gdy wyjeżdżają przebieramy i pierzemy pościel, niczego dodatkowego poza tym nie robimy, a już z pewnością nie przyglądamy się podłodze (w moim domu rodzinnym nie ma czemu się przyglądać, są na niej kłaki kotów i psów nawet jeśli pół godziny wcześniej została odkurzona - zwierzaki w domu uczą pokory i dystansu do własnej sprawczości ;)).

      Pytania nie rozumiem, ale rzeczywiście niektóre przekonania nie tyle śmierdzą, co zatruwają umysł i zabierają czas życia, którego nikt nam nie zwróci.

      Usuń
  4. Zachecilas mnie do przeczytania książki.To ten Rokita od "Kajs" - świetnej książki o Gornym Śląsku.
    Co do mitomanii - w niektórych kręgach z lubością się też uprawia mitomanie narodowa ...ale to inny temat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Ja-Ewa, chyba widziałam "Kajś" w domu rodzinnym (nie jestem pewna, książki z tej serii mają podobne okładki i coś mi tylko świta).

      Opowiadając zdarzenia zazwyczaj mniej lub bardziej je zniekształcamy, nie ma w tym nic zaskakującego, zaciekawiło mnie natomiast jasne wyrażenie tego w książce historycznej (że pewne opowieści trzeba wziąć w nawias).

      Usuń
  5. Chyba mnie zachęciłaś i sobie zapisałam; na razie kupiłam nową książkę Olgi Tokarczuk "ahat ilī. Siostra bogów", mam też kilka innych w kolejce. A czasu coraz mniej. Uściski!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @JoAnno, i proszę, nie wiedziałam, że Tokarczuk publikuje właśnie coś nowego. Czyli wiem więcej i tytuł wjeżdża na moją listę. Dziękuję :*

      Usuń
  6. Ojejku, zmartwiłaś mnie tymi butami, wprawdzie nie gonię gości aby ściągali, ale zawsze sobie wyobrażam, że na tych butach to różne psie kupki i inne nieciekawe rzeczy mogą być. Dlatego sama lubię buty ściągać. Jeszcze jak w domu są małe dzieci, które lubią często lizać podłogę, to już w ogóle.
    Inny glos

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Innygłosie, ale dlaczego zmartwiłam? Chłopskie pochodzenie to nie choroba, a wiele zaszłości można z siebie po prostu zrzucić, jeśli tylko jesteśmy je w stanie zauważyć i dojść do wniosku, że do niczego nie są nam potrzebne :) Ja bym się raczej martwiła wyobrażeniem, że małe dzieci liżą podłogi. Byłam mała, nie pamiętam takich akcji. To by mnie rzeczywiście zmartwiło (w sensie, że dziecko tak robi, albo jeszcze lepiej, że ja po dziecku tego się spodziewam na tyle, że mnie to ciągle niepokoi).

      Usuń
  7. Moniko, to nie wyobrażenie, tylko wiedza - małe dzieci liza podłogi:) a jak nie podłogi, to ręce, które przed chwilą froterowaly podłogę. Widziałam to mnóstwo razy i od tego czasu sama ściągam buty w domach, gdzie są dzieci. Trudno biegać za dzieckiem i w kółko pilnować.
    Zmartwlas mnie, że jest to źle widziane, ja bym szła w stronę Japonii i zmieniała kapcie nawet przechodząc z pokoju do toalety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Anonimie, cieszę się więc, że moja mama ignorowała tę wiedzę. I przyznam, że nie ściągam butów w domach, gdzie są dzieci (myślę, że trzeba balansować mądrze między zwalczaniem czynników chorobotwórczych a wyjałowieniem środowiska do tego stopnia, że człowiek już jako 4-latek ma alergie związane z nadmierną czystością). Jeśli masz na myśli informację, że zasady savoire-vivre mówią wyraźnie o wymuszaniu na gościach ściągania butów jako brakach w kulturze, to nie ma się czym smucić. Zawsze można zmienić swoje mało kulturalne zachowanie.

      W Japonii zwyczaj ściągania butów, a nawet zmieniania klapek przy wchodzeniu do toalety jest wyrazem lokalnego konserwatyzmu. Był konkretny powód dla którego zmieniało się klapki na inne (kiedyś toalety były poza domem), nie miało to nic wspólnego z wyobrażeniem sobie drobnoustrojów i stresem, jaki to powoduje u wielu kobiet w Polsce.

      Usuń
  8. To byłam ja, inny głos 🙂 kultura się zmienia na szczęście. Nie do końca chodzi o wyjalowianie (czyli brak wirusów i bakterii) , raczej o większą świadomość chorób od pasożytniczych. W Irl np nie ma piaskownic dla dzieci, co mnie jako Polkę z małym dzieckiem niezmiernie dziwiło, od kiedy się dowiedziałam, że nie dało się zapobic temu, żeby okoliczne kotki i pieski nie robiły sobie z piaskownicy toalety.
    Coś jest na rzeczy z tą alergia: jest teoria mówiąca, że im mniej pasożytów mają ludzie tym więcej alergii. Jest nawet eksperymentalna metoda leczenia polegająca na zarażaniu ludzi pasożytami, żeby organizm się wyciszył, a potem usuwaniu ich. Ale koszty mogą przewyższać korzyści😉
    Kultura się dostosowuje do warunków życia i wiedzy, więc sądzę, że będzie szła raczej w stronę większej czystości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @innygłosie, prawie się domyślałam, ale nie chciałam przesadzać ze swoim jasnowidztwem ;) Co jest przyczyną takiego a nie innego traktowania butów w Japonii już napisałam (tatami, dodam do tego aspekt kultowy). Zachód Europy chyba już osiągnął szczyt wyjaławiania środowiska, hipoteza higieniczna Davida Strachana (wg której nadmierna czystość w dzieciństwie jest powiązana z zaburzeniami systemu immunologicznego) ma już 35 lat! Oczywiście jako Polki możemy tu protestować na bazie własnego doświadczenia. Skoro chodząc do podstawówki znałam osoby, które autentycznie NIE WIEDZIAŁY, że bieliznę zmienia się codziennie, mogę mieć poczucie, że szczyt możliwości nie został jeszcze osiągnięty i dużo jest do zrobienia. Tylko, że w Polsce galopada sanityzacji zaczęła się na dobre dopiero jakieś 25 lat temu (rzucam liczbę od tak, pamiętam jak kiedyś śmierdziało w autobusach, nie pamiętam dokładnie, kiedy przestało), i tak jak wszędzie, było to związane raczej z reklamami przemysłu kosmetycznego niż z podwyższoną świadomością istnienia chorób pasożytniczych (dodam, że w Irlandii może nie ma piaskownic, natomiast jeśli stołujesz się w restauracjach, to mogłabyś się zdziwić, jak przygotowuje się sałatki, ja po prostu nie mogę, jak na to patrzę - chyba mało który z tubylców myje warzywa i owoce).

      W temacie kierunku kultury, kultura europejska skłania się ku wydłużaniu czasu wolnego. Czy w tym samym kierunku idą poglądy polskich kobiet? No niekoniecznie. I dlatego pod tematem o Odrzani rozmawiamy o racjonalizacjach pozbawiania gości ich butów. To jeszcze taki off topic zrobię, że wieki temu czytałam, jakoby brak mikrobów w naszym życiu dokładał się do przyszłych zaburzeń depresyjnych i przewlekłego zmęczenia (ale to tak jako ciekawostka, bo nie mam pod ręką żadnych wiarygodnych badań, więc może zmyślam na potęgę). Pozdrawiam Cię serdecznie :)

      Usuń
    2. Dziękuję za uwagę o mikrobach i depresji, brzmi dość prawdopodobnie - dużo badań sugeruje, że flora jelitowa rządzi nami bardziej niz nam się wydaje😉 poszukam z ciekawości o depresji.

      Usuń
    3. O, nie słyszałem o tych piaskownicach (taka większa kuweta, może rzeczywiście przyciągać czworonogi ze względu na komfort wypróżnienia), ale skoro przy Irlandii jesteśmy, to żeby nie odbiegać zbytnio od tematu ściągania butów, nie spotkałem się tu ani razu ze zwyczajem rozbierania gości z butów. Szpitale również nie nakazują na oddziałach niesterylnych zakładania obuwia ochronnego, a na sale zabiegowe po prostu intruzów się nie wpuszcza, nie wiem jak na intensywnej terapii, bo choć wielokrotnie tam leżałem, to byłem tam bez świadomości. Po prostu w szpitalu się codziennie sprząta. Poza tym dyskusyjne zdaje się być ryzyko, bo wyposażając gości w kapcie rotacyjne, wyposażamy ich np. w grzybicę stóp wujka Józka i cioci Krysi. Z punktu widzenia bakteriologicznego, wcale nie jestem taki pewny, czy więcej drobnoustrojów rozwinie się na obuwiu zewnętrznym, czy też obuwiu domowym, którym stąpamy gęsto i często po kuchni (resztki jedzenia stanowią wyborną pożywkę, a temperatura przechowywania kapci daje świetne warunki rozwojowe). czy też toalecie, gdzie choć wolimy o tym nie myśleć, nie da się ustrzec przed rozchlapywaniem wody podczas spłukiwania, bo oczywiście muszla i spłuczka są tak projektowane, by nie chlustało z kibla, ale wodny pył porywający zanieczyszczenia jest nieunikniony. I mówimy tu o zjawisku, nazwijmy to, skondensowanym. Zresztą w Polsce był kiedyś obowiązek nabywania kapci jednorazowych w szpitalach, ale ze względu na ich wielokrotne używanie przez chciwych odwiedzających (ta złotówka za jednorazówkę, to przecież "kupa szmalu"), w większości obiektów się z tego wycofano, bo i tak efekt sanitarny był żaden.
      I teraz o Polsce myśląc: ciekawe jest to, że nie spotkałem się, by ktoś poprosił księdza chodzącego po kolędzie o zmianę obuwia. Tych gości to Polacy też tak znowu często nie przyjmują, by sen z powiek ściągało zagrożenie epidemiologiczne. I ci sami Polacy, którzy każą zwykłym (nieduchownym) gościom ściągać buty, puszczą swojego dzieciaka boso u siebie na działce lub na plaży, gdzie zwierzątek i ich odchodów jest zatrzęsienie (np. ptaki żerujące na plaży, gdy ludzie się nie opalają - w niepogodę, o świcie, późnym wieczorem), a także poczęstują leśną jagodą prosto z krzaka, którą dość często obsikują dzikie zwierzęta, zresztą leśnicy ostrzegają o możliwości zakażenia chorobami odzwierzęcymi tą drogą.
      Długi to był wywód, ale zmierzam do tego, że ludziom wymagającym od gości ściągania obuwia PRZYNAJMNIEJ ICH WIĘKSZOŚCI) nie zależy na żadnym dziecku, tylko na lśniącej powierzchni płaskiej.

      Usuń
  9. Dziękuję za polecenie. "Kajś" - bardzo mi się podobało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @anonimowa72, prosze bardzo :) Dopóki nie napisałam tego tekstu, nie zauważyłam, że "Kajś" (o którym słyszałam) napisał ten sam autor :)

      Usuń
  10. Dziękuję Wolandzie, tak, oczywiście masz rację, ludzie nie są racjonalni w tym, co czyste/brudne, jest to zawsze kulturowe (choć w oparciu o jakąś naturalna bazę). Ja chyba mam bzika, bo sałaty i jagody prosto z krzaka zawsze myję, w domu, gdzie są małe dzieci buty zawsze ściągam sama nie proszona (ale to głównie dom bardzo bliskiej rodziny, więc nie jest tak, że gdzieś w obcych idę i bach! widzę gowniarza i natychmiast ściągam glany). W mojej osobistej bance nie znam domów, gdzie ważna jest lsniaca podloga ponad wszystko, ale obserwacje osobiste są ograniczone.
    Za to dziś wyczytałam taka ciekawostkę https://www.sciencealert.com/mysterious-link-between-cats-and-schizophrenia-is-real-study-finds
    o związku z kocimi pasożytami i zdrowiem psychicznym🙂
    Innyglos

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Innygłosie, oczywiście, że każdy z nas ma inne doświadczenia (że się w trącę pomiędzy Ciebie a Wolanda, męża mego :D). Moje opinie o kobietach mocno bazują na kontraście pomiędzy wzorcami wyniesionymi z domu (konflikt zwyczajów pomiędzy mamą i babcią; zdecydowanie byłam w teamie mamy, chociaż babcię Manię kochałam, a ona kochała mnie), a tym, co obserwowałam w swojej pracy nauczycielskiej w Polsce prowincjonalnej (w zawodzie bardzo sfeminizowanym, jak wiesz). Miałam kilka koleżanek mocno jeżdżących na szmacie, w tym jedną z zaburzeniami na tym tle (skóra jej złaziła z rąk z powodu kombo nieleczonej nerwicy i atopowego zapalenia).

      Dzięki za niezwykle ciekawy link. Od razu zadałam sobie pytanie czy chodzi tutaj o połączenie cause-effect, czy raczej o korelację. Tutaj link do innego badania (koty i psy) sprzed 5 lat:

      https://journals.plos.org/plosone/article?id=10.1371/journal.pone.0225320

      Może nie chodzi o kontakt ze zwierzęciem jako przyczynę, tylko obydwa zjawiska (zwierzę w domu i schizofrenia/choroba dwubiegunowa) mają tę samą przyczynę (np. zdolność do empatii?).

      Usuń

Bardzo proszę NIE komentuj jako Anonim. Nie toleruję spamu i wulgaryzmów. Komentarze są moderowane, więc take your time. Jeśli uporczywie piszesz nie na temat, w końcu zrobi Ci się przykro (mam doktorat z rugowania trolli i jęczybuł). Dodatkowo: jeśli podejrzewam, że komentarz został napisany z pomocą AI, nie puszczam go — tobie nie chce się pisać, mnie nie chce się czytać.

***


Please, DO NOT comment as Anonymous. Talk sense. Spam messages and filthy language won't be tolerated (I have a PhD in silencing trolls & crybabies, summa cum laude). In addition: I block comments that look like AI created — you have no time to write yourself, I have no time to be bothered, it's as simple as that.